DZIAŁA![2010-02-01 20:56:13]
Strona już działa. Nie działała bo zapomniałem opłacić faktury za serwer :/ A jak przypomnieli, to szmalu zabrakło i trzeba było czekać do wypłaty. Mniejsza z tym.
Mamy luty - styczeń zakończył się chyba najsłabszym od dwóch lat przebiegiem na rowerze - 186km. Biegowo też nie najlepiej - 62km :( Na szczęście nie wynikają z braku chęci, tylko z braku warunków, dzisiaj na przykład jazda z pracy na rowerze była koszmarem - temperatura około zera, błoto pośniegowe z solą na 20-30cm. Nijak się da jechać. Rano za to zlodzone wydeptane ślady na ścieżkach. Poza tym trochę na desce pojeździłem - nowa sprawność rozwijana, ostatnio w Wieżycy. Nie wiem co ludzie widzą w tej górce - krótka, wcale nie taka stroma, kiepski dojazd, obsługa też jakaś taka opryskliwa. Słabo. Pogoda też nie dała rady - zawieje i zamiecie. Wybrałem się LandCruiserem z Marcinem, poza tym jeszcze Radek, Daniel i kolega Bartek pojechali Golfem. My uderzyliśmy sobie przez zasypane wiochy, a zasypało w drodze powrotnej tak, że tylko jeden pas na środku a po bokach zaspy na półtora metra. Rumakowanie skończyło się w zaspie w rowie - wyleciał z naprzeciwka nadgorliwy człowiek w czapce z daszkiem, gnój sie nawet nie zatrzymał. Półtorej godziny odkopywania wozu saperką... Gdyby nie uprzejmi panowie z BMW z wielką łopatą, zeszłoby 3 godziny. Tyle jeśli chodzi o deche.
Rower - wiadomo, tylko do pracy i to spokojnie, inaczej się nie da. Z bieganiem różnie, przy -20°C dla mnie jeszcze nie bardzo, szkoda płuc, za to jak się w końcu wybrałem po dwóch tygodniach to nogi zapomniały do czego służą buty biegowe i znowu załatwiłem sobie stopy. Otarłem śródstopia. Nie wiem o co chodzi, jakaś porażka. Ostatnio było wszystko git, ale rozbiegałem dzień po dnu, dzisiaj zaopatrzyłem się w plastry Compeed i lecę jutro nogami do pracy. Wyjdzie na to samo jakbym jechał rowerem, dzisiaj wracałem jakieś 50 minut. Biegiem będzie szybciej.
Miałem tez znowu spotkanie z agresją, ale nie chce mi się dzisiaj już pisać - jutro opisze zdarzenie.
A jeszcze - wczoraj z rodzinką pojechaliśmy sobie na charytatywny mecz hokeja - całkiem fajnie, tylko zmarzłem potwornie. No ale trudno się spodziewać upałów na lodowisku. Grały ze sobą drużyny żużlowców, dziennikarzy i księża. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie rzesze fanatycznych parafian i stronniczy konfenansjer, który pozytywnie relacjonował zagrania księży, a media wręcz mieszał z błotem. No cóż, księdzem był. Miłuj bliźniego jak siebie samego :D Beke miałem jak jeden z zawodników księży czapnął się z dziennikarzem, mało kaski nie poleciały hehe.
Ostatni bieg (Jendrek i Ozyrys też). Słabe warunki, wydeptane ścieżki w śniegu a i tak w buty się sypało. Ślisko. Cztery kółka wokół zbiornika plus droga do chaty.
-------------
Daniel na desce:
Rower dla odmiany[2010-01-18 22:12:28]
Poniedziałek - dzień biegania do pracy. Nawet warunki dzisiaj sprzyjały, tylko -3°C i śnieg padający pół nocy. Niestety, boli mnie każdy najmniejszy mięsień pod skórą, do tego wielki siniak z krwiakiem na udzie. Wolałem odpuścić i wejść na rower. W sumie śniegu nie tak dużo, spadło raptem kilka centymetrów. Noo to się "przejechałem". Tak trudnych warunków na rower jeszcze tej zimy nie było, nawet jak spadło 20cm i było 18 stopni mrozu. Dzisiejszy śnieg był koszmarnie śliski, do tego lepki tak mocno, że moment miałem zapchane SPD i cały napęd. Co gorsza zostawiłem w pracy ochraniacze na buty, a te całe oblepione po chwili. Nie było szans utrzymać się na żadnej ścieżce nieodśnieżonej, nawet przednie koło wpadało w uślizgi a tylne wogóle brak przyczepności. Na ulicach tak samo lepkie błoto pośniegowe, z powrotem jeszcze gorzej bo więcej śniegu. Jechałem ponad 40 minut. Na szczęście od środy ma być większy mróz, może będzie tak jak ostatnio :)
-------------
Deską po krawędziach.[2010-01-18 08:47:37]
Ciąg dalszy jeżdżenia w dół. Dzisiaj pomimo ostrego wiatru i miliona ludzi na stoku w Trzepowie był już "fun na maxa". Wybraliśmy się z Moniką, Kasią i Jendrkiem - ja podpatrzyłem jak jeździć z tylnej na przednią krawędź, a Kasia z Jendrkiem za to jak używać tylko tylnej. Nooo i przynajmniej gleby były porządne, jak przy dużej prędkości przy przejściu na przednią, tylna stoku załapała - zjechałem z 10 metrów na plecach głową w dół.
Tym razem wziąłem większe buty, znacznie wygodniej i przyjemniej. Za to wielki siniak od liny wyciągu, no niestety - nie jest dostosowany do "snołbordzistów", linę trzeba trzymać przełożoną przez udo. Jendrek dzielnie ćwiczył wyciąg i pod koniec zabawy już wjeżdżał. Kasia dała sobie spokój, po ostatnim razie miała dość upadków na tylną część ciała. Monia dalej szlifowała narty, tym razem już z samej góry i korzystała bez problemu z wyciągu. Zaliczyła tez koncertową glebę - słabo ze skrętami gwałtownymi, a jakiś gamoń widząc że jedzie prosto na niego nawet o pół metra się nie ruszył. No i narty ręce nogi we wszystkich kierunkach poleciały. Później z Kasią pobawiły się nową atrakcją - snowtubbing - fajna sprawa, jazda w rynnie na dętce, obydwie wróciły uchachane.
Osobiście chętnie skorzystałbym z dłuższego stoku, żeby rozpędzić się jakoś godnie, niestety najbliższy gdzieś w górach :( Kiedyś na pewno się wybiorę.
Wrzuciłem na jutuba filmik z pierwszego ślizgu na desce z piątku. Absolutny mój pierwszy raz hehehe.
-------------
Na zdjęciu głównym Kasia i Jendrek.
Dzisiaj ostry wiatr, że ze stoku spychało :)
Potwornie nas wyziębiło.
Nowa sprawność - snowboard[2010-01-16 22:36:30]
Pierwszy raz miałem doczepiona deskę do nóg. Ubaw po pachy, coś zupełnie nowego - nie móc utrzymać równowagi stojąc :) Na szczęście wybrał się z nami kolega Marcin, który nie dość że świetnie jeździ to jeszcze umiał nauczyć podstaw. Po trzech godzinach całkiem sprawnie zjeżdżałem choinką ze stoku w Trzepowie. Jeżdżenie na krawędziach jeszcze słabo, następnym razem poćwiczę. Wiele ciekawsza jednak była nauka używania wyciągu, takiego który ma kawałek amortyzowanej liny z kółkiem na końcu - oj tu był ubaw, pierwszy wjazd totalna porażka, ale za piątym podejściem bez problemu wciągałem się na samą górę. W każdym razie sport rewelacyjny, chcę więcej :)
Odwiedziliśmy też wcześniej stok w Przywidzu, ale było tyle ludzi że nawet nie wysiadaliśmy z samochodu. 4km dalej w Trzepowie o godzinie 12.00 było może 20 osób. Dwie godziny później już więcej, ale nie było tłoku.
Dzisiaj nie mam mięśnia który nie bolałby, a w szczególności mięsień czworoboczny (zwany kapturami) od machania łapami we wszystkie strony. Żona Monika narzeka na łydy, ale bardziej od butów - niestety sprzęt z wypożyczalni nie zawsze da się dopasować, jak to mówią - jeśli jeździłeś tylko na sprzęcie z wypożyczalni, to tak naprawdę nie jeździłeś. Monika za to jeździła na nartach, pierwsze próby też z tyłkiem po śniegu, ale w sumie zaliczyła tylko jedną glebę, ja za to ze trzy za każdym zjazdem :) Po godzinie nauczyła się też skręcać :D
-------------
Dzisiaj 13 - nie jestem przesądny.[2010-01-13 23:48:07]
Ale szlak mnie trafił. Pierwszy raz tej zimy wkurzyłem się na śnieg. Nie ten wszędzie wogóle, ale zalegający na parkingu, a także na grubą warstwę lodu pod nim. Zostawiłem na dolnym parkingu samochód jeszcze przed opadami śniegu i tak sobie stał od paru dni. Chcieliśmy z żoną dziaisj pojechać do sklepu kupić jakieś narciary, no i dupa. Godzina taplania się i wypychania z zasp. Wyjazd z każdej strony pod górkę. Po lodzie ze śniegiem na wierzchu - anwyjeżdżable. Żaden sąsiad nie pomógł. To, że wczoraj i przedwczoraj wypychałem połowę samochodów z parkingu nie ma znaczenia, a widziałem kolesi stojących w oknach i patrzących jak to Bynio z żoną się męczą. Pozdrawiam. W sumie to żal do zarządcy, który pobiera co miesiąc opłatę za odśnieżanie - jakoś o parkingach zapomniał. Ale śnieg był bliżej i jemu się dostało.
A to nie koniec atrakcji. W piątek umówieni byliśmy z Kaisą i Jendrkiem na narty do Przywidza. Kolejna kupa, Kasi cofnięto urlop. Mieliśmy jechać z nimi ich samochodem. No szlak. Ale jestem tak zdeterminowany że wypchnę tego mojego złoma i pojedziemy choćbym go wnieść na plecach z tego parkingu. Ech, no można się wkurzyć.
Bieganie / jeżdżenie do pracy też masakra. I tutaj nie wina ilości śniegu, ale bardziej służb odpowiedzialnych za odśnieżanie. Nawet jeśli pług przejedzie po chodniku i tak zostaje gruba warstwa błota śniegowego. Zauważyłem, że na takiej nawierzchni instynktownie podnoszę palce jak najwyżej i mięśnie piszczelowe niemal nie rozluźniają się. Do tego bieganie bardzo siłowe i brak rytmu - każdy krok inny. Reasumując - po kilku kilometrach potworny ból mięśni piszczelowych aż do łydki. Do tego dwa chodniki wogóle nie widziały pługa, za to lecą na nie kawałki soli z ulicy - śnieg się nie ubił i jest 30-cm warstwa niewiadomoczego grząskiego. Nie da się biec. O jechaniu rowerem nie wspomnę. Co prawda na rowerze w ostateczności jadę ulicą, z duszą na ramieniu. Tam gdzie chodnik i już ubita śnieżka da się jechać, chociaż trzęsie mocno i trzeba trzymać się środka ubitego, ma nie więcej jak 30cm. Chwila nieuwagi i uślizg koła - nie ma szans się wykaraskać, trzeba stanąć i startować jeszcze raz. No cóż, nie ma lekko. Z drugiej strony, to świetny trening to ciężkich warunków na XC albo biegach terenowych. Tzn tak się pocieszam :)
Wczoraj rowerem, dzisiaj biegłem, jutro rowerem.
Aaaa jeszcze coś - ruszyło głosowanie na blogi w konkursie na najlepszy blog coś tam coś tam. Chętnych zapraszam do wydania 1,22zł i wysłania SMS. Nie liczę na wygraną, ale im wyżej tym lepiej, będę czuł się mile połechtany :D http://www.blogroku.pl/mtb3x,gwb2u,blog.html