
Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.
strony po 5 wpisów: [9]
Salomony nie dają rady. [2010-02-16 21:16:27]
Stali czytelnicy zapewne pamiętają moje boje z butami Salomon. Byłyby świetne, gdyby nie fabryczna wada, której dystrybutor udaje że nie ma. Po reklamacjach, odwołaniach, rzecznikach konsumenta itd został tylko sąd, a ja nie mam ani czasu ani chęci na wykłócanie się (chociaż należy im się). Dla nowych odwiedzających - prawy but ma źle zszytą i sklejoną lewą część buta, przez jest węższy w środku około 7mm i niższy z lewej około 5mm. Powoduje to otarcia na wewnętrznej części śródstopia. Tak więc dałem za wygraną, postanowiłem spróbować buty rozepchać, rozchodzić. Łażę w nich teraz wszędzie, ćwiczę na steperze i siłowni. Tak od miesiąca gdzieś. Wczoraj w poniedziałek przypadał dzień biegania do pracy i postanowiłem spróbować - może już? Pierwsze kilometry rewelacyjnie, żadnych skutków ubocznych. Buty świetnie trzymają się na śniegu, żadnego wykręcania pięty do wewnątrz na w NewBalance czy uślizgu przy wybiciu jak w Nike. Niemal jakbym biegł po suchej nawierzchni. Niestety, około szóstego kilometra zacząłem czuć ciepło na śródstopiu, wiedziałem już że zaczyna ocierać. Został ponad kilometr, dobiegłem normalnie, stopa lekko zaczerwieniona w tym miejscu, ale jeszcze nie otarta i bez pęcherzy. No ale jednak czuć. Co prawda wcześniej coś takiego pojawiało się niemal odrazu, wnioskuję że jest szansa na poprawę. Powrót już nie był taki przyjemny, czułem tak jakbym nie przerywał porannego biegu, czułem wyraźnie otarcie a poza tym nie dało się biec przez zwały roztopionego błota pośniegowego. Masakra, na ul Sobieskiego przez kilkaset metrów błoto głębokości 40-50cm, nie przesadzam wcale. Nawet jak gdzieniegdzie było mniej, to i tak biegać się nie dało. Zdecydowanie wolę mróz. Doczłapałem się do domu po przeszło godzinie.
Dzisiaj dla odmiany rowerem. Tak sobie myślę, że po tej zimie i jeżdżeniu w takich warunkach, na maratonach żadne błoto mnie nie zaskoczy, ani korzenie czy kocie łby. Teraz hardkor jest taki że nawet jazda po korzeniach w błocie i deszczu na zawodach nie jest taka wymagająca... Ale to dobrze, właśnie z tego powodu omijam ulice (poza tym bezpieczeństwo) i jeżdżę zasypanymi ścieżkami. Po ulicach tym bardziej strach - pasy są zawężone, wyprzedzić rowerzysty nie sposób czasem. Wolę nie ryzykować. Napęd w rowerze też coraz bardziej krzyczy, strzela i klnie, ale jeszcze nie przeskakuje. Ma wytrzymać do końca śniegów.
Dzisiaj jeszcze poćwiczyłem na siłowni, całkiem dobra moc się sączyła. Zauważyłem też że od czasu przyjmowania dodatkowego białka, wolniej męczą się mięśnie w stosunku do wydolności kondycyjnej. Później zaczynam czuć mięśnie podczas biegu, a na siłowni nawet pod koniec treningu używam dużej siły, nie mam takiej "niemocy" jaka z reguły zdarzała się pod koniec treningu. Jednak największą różnicę odczuwam biegając - wcześniej po kilku kilometrach mimo tętna na poziomie 60-70% HrMax mięśnie zaczynały informować żebym przestał, a obecnie czuję coś podobnego kiedy już nie mogę dostarczyć więcej tlenu. Miło z ich strony.
Spadam na śledzia.
-------------
Tak wyglądają warunki na chodnikach. Kompromitacja służb odpowiedzialnych za odśnieżanie. Na ostatnim foto obrośnięty Bynio - niektórzy twierdzą że wyglądam jak mechanik samochodowy z programów na Discovery :)
Śnieg śniegowi nierówny. [2010-02-12 21:08:49]
Od czwartkowego popołudnia sypie. Rano pojechałem rowerem, powrót miałem ze śniegiem w oczy. Potem padać nie przestawało z krótką przerwą na dzisiejszy poranek. Meteorolodzy straszyli 15cm śniegiem na podłodze, no i się nie przeliczyli. Jak na moje miarki to było ze 20, miejscami nawiało ze 60 bo za kolana brnąłem niby biegnąc dzisiaj rano. Śnieg inny niż ostatnio - niby tyle samo jak po ostatnich opadach, ale bardzo śliski i lepki, nawet mały podbieg powodował bieg niemal w miejscu. Połowę trasy szedłem, nawet trucht nie wchodził w rachubę. Oczywiście zero odśnieżania, kilka śnieżek całkiem dziewiczych :) 57 minut zajęło doczłapanie się na miejsce. Buty mokre, ale wyschły przez osiem godzin pracy. Powrót nieco szybciej, bynajmniej nie dzięki odśnieżonym chodnikom, ale bardziej wydeptanym.
Śnieg taki, że na parkingu firmowym dantejskie sceny dzisiaj się działy, kierowcy na ciężkim i mokrym śniegu zawieszali się podwoziami, parking pusty bo nie dało się wjechać - koleżankę, która się odważyła trzeba było wypchnąć a i to ledwo. Jakby co to właśnie znowu pada. Cóż, zima.
Idę nasmarować steper bo się chyba zaciera, dlatego tak piszczał ostatnio. Tylko to pozostało, ani biegać porządnie, ani rowerem - to już wogóle irytujące, raptem siedemdziesiąt kilka kilometrów w tym miesiącu na razie. Dużo więcej się nie zapowiada, wypady do lasu wstrzymane.
-------------
Balkonowe dokarmianie ptaszków. Polecam dokarmiać, bo same się nie dokopią do żarcia i w lato będziemy mieli za dużo owadów.
Przebiegi luty:
Rower: 76,5km
Biegi: 41km
Znowu uziemiony. [2010-02-09 21:46:11]
Od poniedziałku pracuję z domu. Dawid się rozchorował, Mati mu lekko w tym pomaga, a ja siedzę i tatusiuję. Nie za bardzo chciałem brać zwolnienie, więc 8.00-16.00 przed kompem. Jak dla mnie bardzo to męczące, przez cały dzień na dupie, męczę się bardziej, wogóle dzień zrypany. Tak to przynajmniej rano pobiegłem albo pojechałem, a tak nawet wstać mi się nie chce wcześniej więc spadam z barłogu o 7.50. Dzieciakom śniadanie, z psem na chwile i potem pomiędzy kompem a kuchnią. Cały dzień miałem ochotę poćwiczyć na siłowni, potem mi przeszło i miałem zamiar wyjść z psem pobiegać, wkońcu nie chciało mi się już nic. O 19.00 jednak z nicrobienia szlak mnie trafił i odpaliłem zakurzony steper. W sumie nigdy dłużej na nim nie jechałem - a teraz - po 500 stopniach na nogę zaczął syczeć. Po 1000 był tak gorący że nie można było dotknąć i wystawiłem na chwilę na balkon. Po 2000 niespecjalnie trzymał opór. Odpoczął na balkonie znowu 5 minut i rozkręciłem go na maksa, kolejne 2000 wytrzymał sapiąc i parując. 4000 stopni na nogę :D jakby nie było łącznie 8000. W półtorej godziny. Pewnie bym tyle nie wytrzymał tylko idąc, włączyłem sobie durny film ("Alone in the Dark" - żenada, jak można tak skopać temat) i wytrzymałem do końca. Nawet trochę się zmęczyłem, dzisiaj lekko boli mnie łydka. Lazłem na tym w moich wybrakowanych Salomonach, tak pomyślałem że używając ich do takich rzeczy może jakimś cudem się rozejdą. Mała szkodliwość dla butów a duży przebieg. Tak apropo butów to staram się je "rozejść" wychodząc w nich chociażby z psem i po zakupy ubierając do tego grubą skarpetę. Ciekawe czy coś to da.
Dzisiaj umówiłem się z kolega Marcinem na krótką sesję na siłowni - ja wolę ćwiczyć z kimś dla samego tempa ćwiczenia, a poza tym zawsze we dwójkę raźniej. Marcin pewnie też zadowolony że ma gdzie wpaść pomachać żelastwem. Tym bardziej że okazało się że mamy podobną moc w mięsie, tak więc tym bardziej szybko się ćwiczyło. Całkiem przyjemne zakończenie dnia.
Dzisiaj też przyszły zamówione kijki nordkiłokingi. Ja co prawda korzystać nie zmierzam, ale część rodziny ma zamiar popylać z wyposażeniem. Ciekawe jak im pójdzie, tutaj co spojrzę za okno to widzę (z reguły średnio udane) próby "kijowego" chodzenia. Z drugiej strony jestem zdania, że jeśli cokolwiek powoduje jakiś ruch u ludzia to dobrze, niech chodzą z kijkami nawet po chodnikach. Przynajmniej nie siedzą przed telewizorem.
Jutro jeszcze posiedzę w domu, pomęczę się przed kompem pół dnia i czwartek wreszcie normalny dzień będzie. Swoją drogą to ciekawe ile byłbym w stanie wytrzymać nic nie robiąc...
Zwiększone zapotrzebowanie na moc. [2010-02-06 16:25:39]
Zauważyłem że od jakiegoś czasu mięso nie nadąża z regeneracją. Pomimo ćwiczeń na siłowni poza bieganiem i jeżdżeniem, a nawet trzymaniem stałej wagi zauważyłem kurczenie się mięśni szczególnie w barkach i plecach, a z drugiej strony więcej tkanki mięśniowej na nogach. Organizm próbuje sobie jakoś wyrównać i pobiera tam gdzie mniej potrzebne. Do tego szybciej kończył mi się power w mięśniach niż męczyłem się kondycyjnie. Dlatego zwiększyłem spożycie białka o jakieś 50% i efekty niemal natychmiastowe, przynajmniej podczas biegu - po przebiegnięciu 10km nadal czuję siłę w mięśniach. W środę do pracy biegłem w czasie 38 minut, a biorąc pod uwagę słabe warunki - śnieg i postoje na światłach - wydaje mi się całkiem nieźle i nawet specjalnie nie ziałem. Co do siłowni - zobaczymy, jeszcze za wcześnie cokolwiek mówić.
Dzisiaj szurnąłem się rowerem po mieście, miłe zaskoczenie ze odśnieżona całkiem spora ilość ścieżek rowerowych, przynajmniej te po których jeździłem, na Chełmie i w Głównym. A conajmniej ubite na tyle że spokojnie da się jechać. Poza tym zimno, nogi mi zmarzły. No ale jak jest zima to musi być zimno.
Tymczasem spadam na sok z kiszonej kapusty :D
-------------
Przebiegi luty:
Rower: 56,5km
Biegi: 27,5
Służby odśnieżające dały dupy. [2010-02-02 21:39:28]
Katastrofa. Dojazd do pracy 45 minut. Podobnie powrót. Nie rozumiem, wcześniej chociaż niektóre chodniki były odśnieżane. Dzisiaj gigantyczne zaspy i błoto śniegowe z solą za kostki. Temperatura na plusie, zapadałem się nawet w niby ubite śnieżki. Miejscami musiałem nieść rower po kilkadziesiąt metrów. Ale za to po próbach jeżdżenia w takich warunkach żadne błoto w maratonach nie będzie straszne :)
Poza tym miałem pobiec do pracy a nie jechać rowerem, pokarało mnie. Zaspałem jak zwykle, jutro wstanę wcześniej (chyba).
Obiecałem opisać jeszcze sytuacje spotkania z agresją w zeszłym tygodniu. Taka akcja się zdarzyła: trafły się wywiadówki w szkole, ultraspeedem pojechałem do domu, przebrałem się w cywilne wdzianko i idę spokojnie do szkoły. Jeszcze słowo o wywiadówkach i szkole. Ulica przy szkole jest na pod ostrym kątem do góry, do połowy długości. Z dwóch stron zakręty 90°. Nic nie widać co na drugim końcu. Ludzie odbierający dzieci ze szkoły samochodami parkują na jednym pasie. Przejezdny jest tylko jeden. Dodając do tego zwielokrotnioną ilość samochodów, wiadomo co się dzieje, gigantyczny koras i samochody maskami do siebie na przełamaniu górki. Nie sposób się wyminąć na jednym pasie, bo jeszcze z boku drogi spory nasyp ze śniegu.
Ale zawsze znajdą się lepsi i znaleźli rozwiązanie - czemu by tak nie wjechać jeszcze na skrzyżowaniu na chodnik i nie jechać nim rozpędzając dzieci wracające ze szkoły? No i jedzie dwóch kretynów z góry. Ludzie oczywiście nie reagują, bo poco. To jeszcze bardziej mnie wkurzyło, idę naprzeciwko samochodu a ten gnój nawet nie zwolnił, no nie było wyjścia zszedłem na bok , jeszcze się otarłem o lusterko. Drugiego już celowo pacnąłem ręką po lusterku - no masz, zatrzymał się. Jako że byłem już za samochodem, raczyłem się cofnąć do kierowcy - a ten okazał się sięgająca mi do nosa trzydrzwiową szafą. No cóż, uciekać nie będę, najwyżej urwie mi głowę. Nie urwał, ale zaczął krzyczeć coś o zębach, chujach i podobnych. Zacząłem mu klarować że to on jedzie po chodniku więc ogólnie niech się odwali, no ale kazał mi spierdalać. Tym razem nie miałem pomysłu, więc wymownie spojrzałem na tablicę rejestracyjną, kolega debeściak powtórzył prośbę żebym "sobie poszedł" co skwapliwie uczyniłem. To jeden z tych przypadków, kiedy nie wiadomo co zrobić... Gościu jakby mnie pacnął, pewnie przeleciałbym malowniczo parę metrów, moje argumenty zresztą i tak nic nie dały. Później jeszcze specjalnie poszedłem tam z psem, wiele się nie zmieniło - co chwile jaki lepszy uważał że skoro jest korek, to czemu nie mogę pojechać po chodniku... A inni jakoś byli w stanie poczekać te parę minut i nie robić niepotrzebnego zamieszania. Nieedukowalni, to sprawdzone. Jeśli już osoba decyduje się na tego typu jazdę, uważa się za usprawiedliwioną, tego nie przeskoczy żaden argument.
-------------
Zdjęcie słabej jakości bo ciemno i aparat niedostosowany, w każdym razie ten pas bliżej służy jako parking, a ten drugi jest w dwie strony. Samochody stoją naprzeciwko siebie i sytuacja patowa.