Kreta w Grecji
Bikerowi Maćkowi udało sie pojeździć na Krecie. Góry, podjazdy i przepiękne widoki oraz ogromny upa...







XT vs. Deore
Przez dłuższy już czas chciałem opisać swoje spostrzeżenia na temat hamulców Deore XT (zestaw 775) i dwie klasy niższych i st...

Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.

strony po 5 wpisów: «  1  2  3  4  [5]  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  »


Wreszcie koniec!   [2010-05-22 17:00:17]
Koniec białego tygodnia po pierwszej komunii Dawida. Przez to miałem totalnie zaburzony harmonogram wszystkiego. Cały czas w biegu, po powrocie do domu zawsze jeszcze coś do zrobienia, to sklep, to opony, to cośtam, nawet sobie bąka spokojnie nie było kiedy puścić. Ledwo żyłem, pozawalałem jakieś projekty, nie mówiąc o ruchu - na wadze 88kg walnęło. Skandal. Ale dzisiaj odżyłem, z samego rana wsiadłem na rower i przejechałem 70 km po lasach. Ale dobrze. Pojechałem sobie sam, bo ekipa w rozjazdach po świecie. Objechałem Sitno przez Żółty i Czarny szlak, w jednym miejscu zabłądziłem - milimetr niedopatrzenia na mapie kosztował mnie kilka ładnych kilometrów w terenie. Trasę ustaliłem sobie jak lubię, jakieś 60-70% lasu i reszta asfalt na dobicie mięsa. Mapka poniżej i szczegółowy opis w "trasach".



Z nowości, - Dawid dostał nowy rower, a nawet sam sobie wybrał i zapłacił. Zebrał conieco grosza, a że nie miał już na czym jeździć to czemu nie. Akurat wpadłem do Tysara po hak do przerzutki do swojej hybrydy, bo był się wygł, a tam akurat przyjechał nowiutki i zapakowany Kross Zorg. Dokładnie ten model Dawidowi się spodobał, zresztą w zbliżonym przedziale cenowym wybór był dość ograniczony. Albo tańsze makrokesze, które odpadały na wstępie, albo ceniące się marki powyżej tysiaka. Za rower z kołami 24", który jest na dość krótki czas nie ma co inwestować tych paru stów więcej, więc wybór ograniczyliśmy do tego Krossa Zorg i Moongose Fireball model z roku 2008 - znalazłem za 799zł. Kross 849, ale że był na miejscu i się podobał - Dawid już jeździ. Co prawda używa najmniejszej zębatki przedniej, no ale wszystko w swoim czasie. I ma siodełko na minimum, do pełnych możliwości korzystania ze sprzętu brakuje mu jeszcze paru centymetrów.

Miały dzisiaj być burze. Tymczasem zjarałem się na rowerową opaleniznę. Biało - czerwony na ramionach i nogach. I ryj szczypie.
I jeszcze zabawna akcja. Zaraz jak wróciłem pojechałem z dzieciakami do sklepu po obiecane Bakugany. Wziąłem zapinkę żeby spiąć rowery, kluczyk, jedziemy, dojeżdżamy, przypinamy. Wybrali zabawki, wracamy. Kurwa. Nie ten kluczyk. Dobrze że telefon miałem, Monika musiała na piechotę zasuwać z własciwym kluczykiem. W międzyczasie lody zjedliśmy :)


Wreszcie koniec!
-------------
Młody i jego nowy sprzęt
Niefart. Spięte rowery, kluczyk w domu
Opalenizna rowerzysty - the begining

Test mapnika   [2010-05-05 22:36:32]
Dzisiaj ostatnia szansa na jakikolwiek trening przed Harpem. Umówiłem się z Anią, że przejedziemy się Żółtym Szlakiem (i okolicami) w stronę Gdyni, a potem wrócę sobie którędykolwiek. Przede wszystkim chciałem przetestować mapnik, jak zachowa się w terenie. Trudno znaleźć bardziej zróżnicowany teren i dużo cięższy w 3mieście niż ten odcinek Żółtego. Korzenie, ostre zjazdy, podjazdy anpodjeżdżable, bruk, duża szybkość i jechanie "na nogach". Mapnik spisał się znakomicie, stabilny, nie obraca się sam, telepie w granicach przyzwoitości, odpowiednia wysokość - trasa widoczna na każde "rzucenie okiem". Pełen wypas, polecam każdemu jeśli podobnie jak ja nie chce inwestować 300zł w Miry. Koszt wykonania to jakieś 20zł, plus odrobina wiedzy i jakość pracy Dziadka Jasia.
Mapnik wypas, za to sprzęt nawalał. Problem z tylną przerzutką, nie mogłem wyregulować! Co chwilę biegi przerzucały się samoczynnie, pokiełbasiły się w końcu zakresy od tarmoszenia śruby regulacyjnej przy manetce. Zabrakło zębatki 32 i 11 :/ Do tego patrząc na przerzutkę z siodła, zauważyłem że jest lekko pod kątem do osi roweru. No lipa, sprawdziłem potem, że ma spore luzy. Mam nadzieję że da to się ustawić. Zawsze dawałem radę, ale tym razem nie mam ani czasu ani chęci - jutro zanoszę koła do Tysara, przy okazji pojadą z całym rowerem - rzucą też okiem na przerzutkę. Tak BTW - znowu mnie pozytywnie zaskoczyli, dzisiaj telefon odbieram a tu info że maiłem przynieść koła. No tak, zapomniałem, do tego przecież umówiłem się z Anią na jazdę. Ale nie ma problemu, znajdzie się termin na piątek, "przecież w łikend Harpagan" :D No pewnie, jak zwykle polecam.
Tak przy okazji jeszcze coś o sprzęcie. Wczoraj pisałem o znacznej różnicy w jakości osprzętu, ale nie wspomniałem o wyjątku. Manetki SLX w porównaniu do LX do jakaś pomyłka. LX'y które mam przejechały już grube tysiące, a ich praca jest wręcz doskonała, chodzą precyzyjnie, a łopatki są idealnie dostosowane do paluchów. SLX - nie dość że tandetna plastikowa obudowa, to jeszcze większy zakres ruchu łopatek, a pomimo możliwości regulacji "offsetu" - totalna lipa, nie da się ustawić takiej pozycji jak LX. Słabizna mości Shimano, słabizna. Pojeżdżę sezon i zbieram na XT.
Poniżej mapka z dzisiejszej jazdy. Nie odpalałem Garmina na przejazd rano dom-praca, na dziesiaj jeszcze te 7km więcej było.




nie ma foty :(
-------------

Kwiecień zakończył się wynikiem 453km. Słabo, ale to i tak najlepszy wynik w tym roku, dotychczas mocno zimowym. Zerowy przebieg biegowy.
Harpagan   [2010-05-08 22:13:01]
Godzina 4.11. Właśnie odkryłem że ekstremalność Harpagana wynika już z samego faktu, że trzeba wstać o czwarte rano. Rower sprawny, plecak spakowany, zaraz śniadanie, kawa i czekam na Dziadka Jasia, przyjeżdża o 5.00 i jedziemy na start. Wiadomo też że będzie zajebiście mokro - wczoraj cały dzień padało w tym ostre ulewy, nie ma szans że wyschło, coś mi się wydaje że po osie będziemy się zapadać.

Spadam.

--------------------------

Harpagan przejechany!
Dotychczasowy rekord - 14PK i 166km. Co prawda 1 minuta spóźnienia (chyba) ale i tak całkiem zajebiście. Trasa jak zwykle swietnie ułożona, organizacja rewelacyjna. Jestem zmęczony. Idę spać. Jutro opiszę. Dzisiaj tylko mapka:




Harpagan
-------------

Sprzęt na Harpa gotowy   [2010-05-04 20:36:31]
Harpagan zbliża się wielkimi krokami. Znowu. Ostatnio się zbliżał, ale nie doszedł. Tym razem wszystko wskazuje na to, że da radę. Wczoraj zmieniłem sprzęt, tzn przełożyłem koła do mojej hybrydy, wraz ze zmianą kasety i tarcz hamulcowych. Dlaczego jadę na nim a nie na lepszym Treku? Przede wszystkim dlatego że mapnik pasuje mi do kierownicy 24,4 i taką mam na tej ramie założoną. W Treku siedzi OverSize i lipa. Poza tym, szkoda mi trochę ryrać napęd dostosowany bardziej do XC i maratonów niż do jazdy 200km w błocie po lasach i po ulicach. Dlatego zresztą nazwałem roboczo rower hybrydą dlatego że dostał korbę 48 zębów i sztywny widelec. W sam raz na szosę i długie trasy niezbyt wymagające technicznie.
Dzisiaj wybrałem się na nim do pracy. Oooo dopiero poczułem różnicę w jakości. Rozpędza się jak mały czołg, skręty jak osiemnastoosiowa ciężarówka. Oczywiście w porównaniu do Treka, do którego przez paręnaście dni zdążyłem już przywyknąć. A przecież pomimo niewątpliwej różnicy w klasie osprzętu, to hybryda też niczego sobie - przyzwoita rama Accent ElNino, osprzęt LX i SLX, hamulce Deore, koła te same. Trek raptem oczko wyżej - XT i rama górnopółkowa, ale różnica kolosalna. Jeśli ktoś się zastanawia czy warto wydać kasę na rower parę tysięcy więcej i ma niepotrzebną gotówę, to jak najbardziej warto :)
Jutro umówiłem się na dłuższy trip - ostatni przed Harpem, tym razem coś bardziej po górkach pojeżdżę, no i na rowerze na którym będę jechać zawody. Ostatni z Jendrkiem przejechaliśmy co prawda 140km, no ale w większości po szosie i jechałem Trekiem. Teraz test w warunkach bojowych i dziewicza jazda mapnika. Mapnik projektu własnego, wykonany przez Dziadka Jasia. Wykonany z zapięcia do koszyka, lekko zmodernizowanego i z możliwością obracania mapy. Solidny kawał roboty, zobaczymy jak się sprawdzi w extremalnych warunkach, jakie ostatnio na szlakach występują.
Z przykrością informuję że na Harpaganie nie pojedzie Jendrek, ze względu na kontuzję kolana. Nabawił sie podczas grania w siatkę na wyjeździe w łikend majowy. Pograliśmy nieco w siatkę, kosza, tenisa, niestety trochę za dużo. Jendrkowi odnowiła się kontuzja i dupa, ma spokój z rowerem przed najbliższe tygodnie. Mało brakowało a Dziadek Jasiu też z podobnych przyczyn opuściłby, na szczęście kolano wydobrzało - dzisiaj zrobił 110 km w niesprzyjających warunkach, więc i Harpa spokojnie pojedzie.


Sprzęt na Harpa gotowy
-------------
od środka
Jendrek w tle niszczy sobie nogę. Bliżej Bynio i kuzyn Daniel z piłką
Młodemu spodobał się tenis

Wtorek - uda doszły do siebie.   [2010-04-27 21:44:52]
W sobotę ambitny plan - do Sierakowic (trochę za) ulicą 60km, powrót Czarnym Szlakiem 100km. Wyjechaliśmy z Jendrkiem i Maćkiem o 7.15 przy padającym deszczu, w kałużach na ulicach i dość silnym wietrze prosto w ryj. Po pierwszych 10 km cieszyłem się że wziąłem poza standardowym wdziankiem jeszcze kurtkę wiatro/wodo odporną. Inaczej płuca bym stracił... No to jedziemy, tak od Kartuskiej Maciek narzucił dość ostre tempo, jak się później Jendrek dowiedział - Maciek podróżował tylko w jedną stronę i to ta krótszą :) Od czasu do czasu krew w żyłach zmrozi jakiś samochód, albo jakaś ciężarówka minie nas na lusterko, chociaż i tak widać poprawę. Większość jednak zachowuje ostrożność przy wyprzedzaniu. Niestety zawsze znajdzie się jakaś ofiara losu. Tym razem nie było inaczej, poświęcę debilom cały akapit.
Kawałek za Żukowem drogowcy dość intensywne wykopki zaczęli, korki, wolna jazda w tempie rowerowym. Przestało padać, całkiem przyjemnie się jedzie. Jedziemy sobie za ciężarówką, rozmawiając o zmianie przepisów dotyczących rowerzystów itp. I nagle wyprzedza naszą trójkę jakaś babka, nie mając miejsca żeby wjechać przed nas, ani ominąć większym łukiem bo wzdłuż jezdni podłużny uskok. Machnąłem jej ręką z dezaprobatą, ale bez wrogości - a pasażer na mnie z mordą. I wjeżdża w nas kretynka, bo nie ma miejsca na trajektorii. No to wyrwało mi się wtedy conieco, bo mało się z Jendrkiem na jakiś gruz nie władowaliśmy, Maciek jakoś z prawej chyba wyminął ciężarówkę i udało mu się odjechać. Babka jeszcze się przed nas wcisnęła, wyjrzała za ciężarówkę i wyprzedza. A gnój pasażer mi faka pokazuje przez szybę. Oj, jak do teraz jeszcze byłem w stanie zrozumieć sytuację, i puściłbym płazem bluzgając pod nosem, to tutaj nerwy puściły. Depnąłem i dogoniłem debili przy najbliższym korku. Myślę że koleś widząc korek i mnie na tylnej szybie już poluzował zwieracze. Podjechałem do niego, otworzyłem drzwi i szczerze mówiąc dokładnie nie pamiętam, ale bluzgi ostro popłyneły - nie tyle do samego wyprzedzania, ile tego faka przez okno. Nieopatrznie babka się odezwała że nie znam przepisów. Ja nie znam przepisów??? No to też dostało się jej od kurew i suk. Szczerze to może mnie poniosło i nieco przesadziłem, na szczęście byli chłopacy i trochę mnie uspokoili mówiąc coś o niepotrzebnej utracie zdrowia. Jendrek mi tylko potem mówił że widział jak facet najpierw wojowniczy, ale potem skurczył się na fotelu jak mały głód w reklamie. Adrenaliny dostałem w żyłę tyle, że cały podjazd od Borkowa do Sitna pojechałem na nogach za ciężarówką. Ech, nawet jak o tym piszę to krew mi szybciej krąży. Puenta znana, pisałem o takich sytuacjach już nie raz.
Na szczęście zbliżał się pierwszy postój, trochę ze mnie zeszło, zjedliśmy kanapkę na mojej miejscówie Sitnie i jedziemy dalej. Potem już do samych Sierakowic bez stresów, Maciek pojechał przodem - chciał się trochę bardziej zmęczyć. My Jendrkiem oszczędzając się robiliśmy częste zmiany, szczególnie że trasa cały czas z wmordewindem. W końcu Serakojce. Maciek czekał przed miastem jak dojechaliśmy z bolącymi już dupskami. Chwila przerwy i jeszcze parę km za miasto trzeba jechać. Tak przy okazji - nie wiem skąd ci ludzie tam, ale w Sierakowicach tłum jak na Monciaku. Zyliardy! Samochody wszędzie, ludzie wszędzie, nie da się jechać bez wypięcia bloków.
Na działce Maćka dłuższy odpoczynek, zrzuciłem kurtkę i schłem jedząc resztę kanapek i zagryzając powerżelem. Teraz czekał na nas ciekawszy kawałek trasy, 100km po lasach. Szlak zaczyna się na skrzyżowaniu w centrum Sierakowic, a jedyne oznaczenie to standardowa kropa na drzewie na chodniku. Wzbudziliśmy sensację, jak Jendrek cyknął mi fotę z drzewem w tle... Jedziemy, szlak bardziej niż zajebisty, naprawdę trasa rewelacyjnie poprowadzona. Jendrek stwierdził że w takich okolicznościach terenu nie sposób było ten szlak popsuć, no i racja. Praktycznie zero płaskich kawałków, albo podjazd, albo zjazd. Niektóre naprawdę ostre, a zjazdy bez hamulców mogłyby się źle skończyć. Po 15 km dość trudnego terenu już wiedziałem że nie ogarniemy całości. Średnia wychodziła 14km.h, co dawało jakieś 7 godzin jazdy - a przed nami jeszcze takie atrakcje jak Szymbark i Wieżyca. Tym bardziej że na ostatnich górkach Jendrek zostawał nieco w tyle, więc nie było sensu się katować - niestety, za mało wyjeżdżeni na taką trasę jak na razie. Dojechaliśmy do głównej i szosa, tym razem z wiatrem. Za Żukowem odbiliśmy na trasę przez Kolbudy - przyjemne zaskoczenie, całość wyłożona nowiutkim asfaltem. Aż miło jechać, zresztą sporo szosowców nas mijało, z pewnością ich tyłki jeszcze bardziej zadowolone od naszych, jednak amortyzowanych częściowo.
Dojechaliśmy do Gdańska trochę po 15.00, czyli w czasie jaki zakładaliśmy na przejechanie terenem - sporo odpoczynków, słabe tempo, trudny teren i wmordewind zrobiły swoje. 140km w 8h, nienajlepiej.
Trzeba pojeździć.



A wczoraj wracając z pracy wszystko zaczęło mi pykać i stukać. Korba szczególnie. Nie wiem czy to suport, czy pedały, muszę znowu porozkręcać i przesmarować. Do tego cały czas słyszę jakby łańcuch lekko ocierał w jakimś punkcie obrotu o przerzutkę przednią, to też muszę zlokalizować. Jutro.


Wtorek - uda doszły do siebie.
-------------