
Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.
strony po 5 wpisów: [22]
Żyję, ale co to za życie [2009-08-01 11:31:48]
Plecy nadal nie funkcjonują. Co prawda mogę się przemieszczać, dopóki nie trzeba zmienić pozycji. Najgorzej z leżeniem, przekręcić się to masakra. Chodzić mogę raczej średnio, ale do pracy jeździć trzeba. Jeżdżę sobie w cywilnym ubranku po chodniku 5km/h.... Zamiast 20 minut jadę 40, no ale co zrobić - samochód nadal nie żyje, na zwolnienie iść nie chcę. Wiele planów odleciało przez to, w czwartek mieliśmy z Kubusiem pojechać do Otomina zamoczyć pięty, wczoraj miał wpaść znajomy na wódkę - tez lipa.
Chciałem skończyć miesiąc tysiącem kilometrów, których już dawno nie zrobiłem i lipa - tydzień praktycznie wypadł z życiorysu, z drugiej strony nie wiem czy wyszłoby 300km w ten tydzień. Ale zawsze jest na co zrzucić :D
Radzio po poniedziałkowej glebie poszedł w końcu zrobić RTG ręki, bo puchła siniała i bolała. I nic nie złamane.
-------------
TRIP: 689,61km (lipiec)
ODO: 6876km
Plecy ała, starość nie radość [2009-07-29 22:27:27]
Od jakiegoś czasu doskwierają mi różne dolegliwości związane z plecami. A to mnie przewieje bo spałem przy otwartym oknie, a to przeskoczy coś w szyi, albo jeszcze coś innego. Od dwóch dni coś mnie lekko kłuje w dolnej części pleców przy kręgosłupie. Nic poważnego, tylko czuć cośtam. Do dzisiaj po pracy. Przebieram się po powrocie do domu, jak mi coś nie rypnie, aż się ciemno zrobiło przed oczami i zastygłem w pozycji półskręconej z wyciągnięta ręką do podłogi. Jakby ktoś sześciocalowego gwoździa wbił na lewo od kręgosłupa powyżej dupy. Nie byłem w stanie się wyprostować ani zejść na dół. Ma-sa-kra. Na szczęście łóżko było w pobliżu więc zaległem. Po chwili pomroczność jasna zeszła, ból delikatnie zelżał, ale o przemieszczaniu nie było mowy. Żona natarła mnie kuresko palącą maścią rozgrzewającą, która paliła tak bardzo, że nie czuć było już bólu poprzedniego. Myślałem że zejdę. Po godzinie jako-tako mogłem się przesuwać, więc zacząłem się znieczulać odśrodkowo. Po połowie 3/4 dżinu jest już w miarę ok. Przymierzyłem się do roweru - nie boli NIC. Interesujące, ale nocy na nim nie spędzę. Nie mogę tylko chodzić, siedzieć, leżeć, ale za to mogę jechać. Zawsze coś.
Dzisiaj z pracy wróciłem sobie przez zmodyfikowaną ścieżkę w okolicach żółtego szlaku, zasapałem się ostro ale za to znalazłem całkiem przyjemne zjazdy zamiast jednej ostrej ściany. Wyjeżdża się przy Rakoczego. W stronę do pracy będę podjeżdżał ostro sztajfę, a zjeżdżać można łagodniej, tak sobi pomyślałem. Potem chciałem trafić w szutrowy kawałek ulicy Stolema, gdzieś tam bokiem dojechałem przez jeden z torów quadowych, wyjechałem w miejscu odpowiednim na Kartuskiej, potem standard koło cmentarza, jeszcze po drodze znalazłem lampkę rowerową - jak ktoś zgubił to pisać maila.
Gadam sobie właśnie z Radziem, ma lecieć jutro na prześwietlenie ręki po poniedziałkowej glebie na czarnym szlaku. Jednak okazało się ze nie obyło się bez poważniejszych urazów. Podejrzenie złamania lub pęknięcia. Moja pierwsza ofiara :D
No i obok fotki roweru Adama - nowego z pracy. Przymierzyłem się do roweru dzisiaj, miłe zaskoczenie. Po pierwsze lżejszy niż sądziłem - no ale brak przedniej przerzutki, tym samym manetki i jeden blat 36, do tego kaseta i przerzutka szosowa, rama 14". Co prawda nie da się jeździć, ale skakać jak najbardziej :)
-------------
TRIP: 658,96km (lipiec)
ODO: 6846km
Do pracy... [2009-07-27 23:58:05]
Dzisiaj pierwszy dzień w pracy po urlopie. Nawet jakoś lepiej się pracowało niż sądziłem, chyba ten urlop bez wyjazdu już mi się nudził, ile można nic nie robić. Nie miałem czasu jechać jakąś lepszą trasą, pojechałem sobie standardowo po ulicach. Muszę poćwiczyć wcześniejsze wstawanie z łóżka.
A w pracy nowy kolega w pokoju, kolejny rowerzysta. Jesteśmy teraz zagłębiem rowerowym, połowa zespołu grafików jeździ w niemal pełnym przekroju sportów rowerowych. Brakuje tylko czynnego BMX, chociaż kolega Paweł w młodości się udzielał. Postaram się wstawić jakąś fotkę roweru nowego kolegi Adama, jeździ na streetówce z ramą A-gang i co ciekawe Psylo SL. Jest o czym rozmawiać.
Wczoraj wyjechaliśmy z Jendrkiem z ambitnym planem przejechania paru km, ale jak byliśmy w Otominie dostał pilny telefon z pracy (dyżurował akurat mimo niedzieli) no i wróciliśmy z dystansem całych 18km. Może i tym razem dobrze, bo niedługo potem naprawdę solidnie lało. Mimo to czułem jakiś niedosyt, jak już się nastawiłem na jazdę to zgromadzony psychicznie zapas mocy nie miał gdzie uciec. Dopiero wieczorem wyeksploatowałem się skręcając teściowej komodę :/
Za to dzisiaj ciekawa rundka. Nakręciłem Radka (koleś z którym biegamy czasem i ćwiczymy na siłowni) na przejażdżkę. Dostał na tą okazję rower mojej żony, bo jego raczej nie spełnia wymagań szlaków pieszych, kask na głowę i w długą. Pojechaliśmy trasę Żółto-czarną, czyli dojazd do Otomina, stamtąd żółtym szlakiem do Kolbud i dojazd do czarnego szlaku asfaltem i przez Otomin i Szadółki do domu. Bardzo interesująca wycieczka, dla mnie ciekawa bo jechałem od początku do końca równym tempem przez 45 km, nie miałem kiedy opaść z sił, za to zwiedziliśmy to białe duże coś co zawsze widać przejeżdżając przez okolicę. To duże białe coś okazało się jakąś dużą białą budowlą, do tego okrągłą z czubkiem. No to tyle. Zawsze parę nowych ścieżek. Na koniec czarnego szlaku Radek zaliczył swoje pierwsze OTB w spektakularny sposób. Wyleciał pięknie i gruchnął kaskiem i barkiem o całkiem słusznej wielkości korzenie. Na szczęście żadnych poważnych obrażeń. Wpadłem tam w dużą koleinę, ale lekko wyhamowałem i udało się przed glebą zeskoczyć z roweru a Radek jadąc za mną przestraszył się i przyhamował na wystających korzeniach, efekt murowany. Po kilku takich wypadach spokojnie może wybrać się na jakiś mocniejszą jazdę.
Zapraszam do nowej galerii z fotami z tego tripu. Zrzutu trasy nie ma, bo Garminka używa Maciek w górach.
-------------
TRIP: 604,36km (lipiec)
ODO: 6791km
Płonące uda. [2009-07-25 21:30:16]
Dzisiaj rundka z Maćkiem. 50 kilometrów po interesująco pofałdowanym terenie. Maciek nie dał wytchnienia na długich zjazdach, dystansował mnie i musiałem gonić, przez co niemal nie odpoczywałem. Do tego kilka mocnych podjazdów, które wypalały mi mięśnie. Ogólnie zmęczony i szczęśliwy. Tym bardziej, że zaraz jak przyjechaliśmy zaczęło nieźle lać, oberwanie chmury wręcz. Obejrzałem więc sobie 20 etap TdF, niespodziewany finał na Mont Ventoux. Wygrał Juan Manuel Garate z Rabobanku przed Tony Martinem z Columbii. Niemniej jednak warto wspomnieć że Alberto Contador wygrał już całość tegorocznego TdF. A Armstrong będzie trzeci, chociaż nie wierzyłem specjalnie w jego powrót na tyle że będzie na pudle. Brawo.
Swoją drogą, to kiedyś chętnie wjechałbym na Mont Ventoux :) takie ciche marzenie, zobaczyć jak to jest. Niedługo będę miał przyjemność przejechać w jednym kawałku 263km, jeśli przeżyję to też będę szczęśliwy. A tymczasem jutro skoczymy z Jendrkiem gdzieś bliżej, za to po lasach.
Ruszyły zapisy na jesienny Harpagan, zgłosiłem kandydatury Dziadka Jasia, Jendrka, Maćka i swoją. Ktoś tam na pewno pojedzie :)
-------------
jeśli się skoncentrujesz, na powyższej fotografi zobaczysz podjazd na Mont Ventoux
Foto z Google.
TRIP: 527,20km (lipiec)
ODO: 6714km
Wódko pozwól żyć.... [2009-07-24 14:45:45]
No zdarza się nawet najlepszym. Zdrowo przesadziłem z sąsiadem, cały wczorajszy dzień wegetowałem. Przedwczoraj późnym wieczorem ruszyliśmy z Jendkiem w trasę, miało być wcześniej z Maćkiem, ale rower został u Jendrka a ten później z pracy wrócił. Tak więc Maciek pojechał sam, a ja czekałem na Jendrka żeby oddał rower. Pojechaliśmy sobie po okolicach, wróciliśmy coś koło 22.00. Szybka trasa ale dość męcząco wyszło. To i odrazu mnie ściągnęli na wódkę. Bez jedzenia, tylko prysznic i chlanie. Tak gdzieś do 4.00 no i cały dzień w plecy. Ech.
Poza tym muszę się wziąć i wyregulować wreszcie tylną przerzutkę, zakres na największym trybie ustawić bo spada łańcuch, a do tego na dwóch ostatnich przełożeniach potrafi przeskoczyć - co przy grubszych podjazdach nie należy do przyjemności. Właśnie podczas ostatniej jazdy trachnęło na sztajfie na żółtym i dupa, mało się nie pokulałem. Dzisiaj to muszę zrobić, ale jakoś zabrać mi się nie chce... Rozleniwienie urlopowe.
-------------
Foto z Google.
TRIP: 460,27km (lipiec)
ODO: 6647km