
Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.
strony po 5 wpisów: [21]
Wiem dlaczego ludzie toną! [2009-08-16 20:42:29]
Zawsze zastanawiałem się jak można utonąć z powodu skurczu. Zawsze jak taki mi się zdarzył, nawet w wodzie, byłem w stanie (siłą woli i zajebistością) się rozkurczyć. Ale dzisiaj po przejechaniu 79km po żółtym szlaku, dużej ilości górek (wszystkie podjechane poza jedną anpodjeżdżable) złapał mnie już w domu tak potworny skurcz w obu nogach jednocześnie, że myślałem że zwieracze mi zmiękną...Skurcz, którego nie da się rozciągnąć, trwający kilkanaście minut. Potem tylko miałem nadzieję że więcej się nie powtórzy. Powtórzył się, jeszcze kilka razy.
Ambitny plan wreszcie przejechać Żółty Szlak, prawie się udało. Dzięki oznaczeniom w Gdyni pomyliliśmy drogę i pobłądziliśmy ładnych parę kilometrów. Zastanawiam się co za dowcipniś namalował niemal identyczne oznaczenia granicy czegośtam jak żółtego szlaku. Biało-żółto-biały szlaczek, tylko z wystającym kawałkiem. Oznaczenia na pierwszy rzut oka identyczne, tym bardziej że nieodnawiane od dłuższego czasu. No ale trudno, następnym razem będzie pikuś przejechać :)
Ostatecznie zjechaliśmy do Orłowa, dalej do Sopotu na ściechę i do domów znaną trasą przez Brzeźno i Cienista Mountain.
Ide jeść.
Polepsza się. [2009-08-13 21:08:59]
Wczoraj przejechaliśmy się z Maćkiem po Żółto - Czarnym do Sopotu. Trasa zbliżona do tej z Jendrkiem sprzed paru dni, równo 50km, ale jechało mi się jakoś lepiej. Przede wszystkim sforsowałem jeden z podjazdów, na którym odpadłem poprzednio, chociaż Maciek nie dawał mi szans z szybkością podjeżdżania. Mimo to tendencja zwyżkowa. Staram się odblokować psychicznie na zjazdach, też jest coraz lepiej, z tego jestem szczególnie zadowolony, bo zjazdy to moja pięta (achillesowa). Próbuję sobie wbić do głowy że po to jest dobry amortyzator na przednim kole, żeby wybaczył bikerowi niektóre błędy i wyrównał teren.
Jazda po prostej od Sopotu do domu to jak zawsze mój ulubiony rodzaj treningu, równe tempo 30km.h z kilkoma ostrymi hamowaniami z powodu rolkarzy. Ale niech im tam, wkońcu oni już wogóle nie mają gdzie jeździć.
Dzisiaj rower czeka generalny przegląd, od drobnego pyłu który wlazł wszędzie gdzie mógł (i nie mógł), sprzęt słabo chodzi. Słychać hamulce, mostek trzeszczy, amor piszczy. Pewnie ze cztery godziny z bani.
Trasa w
TRASACH
---------------------------------
Rower po przeglądzie i wyczyszczony. Kilka wniosków:
1. Stery sprawują się lepiej niż sądziłem. Łożysko chroni niby tylko kawałek oringu, ale robi to nadzwyczaj dobrze. W górnym łożysku czysty smar i ani śladu piasku, w dolnym troszkę przybrudzony, ale działający.
2. Tarcze dzwoniły, bo były pokrzywione. Wyprostowałem na tyle, na ile pozwolił płaski stół i kolano.
3. Tylny hamulec marudził, bo ma za mało oleju. Jeden z tłoczków był wysunięty, a hamował tylko drugim. Do tego starły się nierównomiernie klocki. Jutro koniecznie trzeba kupić olej, dolać i odpowietrzyć.
4. Łańcuch ledwo żyje, kaseta też w kiepskim stanie. Jeszcze nie przeskakuje, ale już nie dużo mu brakuje.
5. Poza tym wszystko w deche.
Pobiegałem sobie trochę z psem - 7,35km - zupełnie nie czuję w nogach ani w płucach, ale za to stopy znowu krzyczą. W butach w których biegam obecnie można wymienić wkładki, spróbuję jakieś dla biegaczy, może to pomoże.
Zamroczony [2009-08-11 13:24:53]
Jakiś taki jestem. Niby urlop, niby specjalnie się nie przemęczam, na liczniku raptem 260km w tym miesiącu, ale mam problemy z podjeżdżaniem pod większe górki, śpię jak kamień po 10 godzin. Co prawda trochę pływania w morzu i jeziorze, ale nie na tyle żeby się słaniać. A z tymi podjazdami to nie wiem co jest, strasznie słabo idzie. Na długich podjazdach o niewielkim nachyleniu jest ok, to samo na prostych - power jest. Ale tylko jakaś ostrzejsza górka i Jendrek nie daje mi szans, wczoraj pojechaliśmy żółtym szlakiem trójmiejskim do czarnego, zjechaliśmy do Sopotu i z powrotem nad morzem ścieżką rowerową. Łącznie 55km, ale dopiero na ścieżce odżyłem. W lesie myślałem że się przekręcę. Apropo ścieżki rowerowej - więcej rolkarzy niż rowerzystów, jechaliśmy już po zachodzie słońca (bez oświetlenia oczywiście) i trzeba uważać żeby jakiś bujających się nie trącić.
Trasa wczorajsza rzucona w "trasach", a poniżej mapki z zeszłych dni, kiedy nie chciało mi się pisać. A też trochę jeżdżenia, z pracy zawsze żółtym szlakiem i nasypem do mostku na niebiesko/zielonym, tam spotykałem się z Maćkiem i zasuwaliśmy Stolema do domów.
Pokaż Nowa droga do pracy na większej mapie
Pokaż Ulica & las na większej mapie
Pokaż Praca trip & No map na większej mapie
-------------
sierpień: 260,17km
Niekompetencja sprzedającego na allegro. [2009-08-06 13:22:42]
Kupiłem jakiś czas temu sprężynę czarną do mojego Psylo. Obecna czerwona jest trochę z miękka, chciałem włożyć czarną. Trafiła się okazja na allegro, nowa sprężyna za 50zł. Kupiłem, paczka przyszła, wczoraj chciałem zamontować. No i dupa, odrazu coś mi nie pasowało ze średnicą samej sprężyny, ale weszła w goleń. Jakby dłuższa, ale do gwintu doszła. No i nie chce się wkręcić. Mierzę - szlak... Pasuje do goleni o większej średnicy. Czyli na pewno nie do Psylo, bo te miały tylko 28mm. A w opisie aukcji wyraźnie napisane że średnica 28. Wkurwiające. Założyłem starą, przynajmniej wlałem nowego oleju i porządnie wyczyściłem.
A dzisiaj zrobiliśmy z Jendrkiem szybki sprint popracowy, przejechaliśmy Stolema do niebieskiego szlaku, potem nim do Otomina, potem zielonym szlakiem do Wróblówki i zjechaliśmy po płytach do Biedronki. Dobrze że biedronka jest tak blisko, ale nie ma płyt dvd, trzeba szukać w Stokrotce. Zabrakło tylko "dla ciebie, dla rodziny"...
Dobry sprint był, kilka razy czułem miałem już dość, z ogniem w czworogłowych. Jestem całkiem nieźle zmęczony, nadal czuję lekkie drżenie mięśni. Zrobiliśmy całkiem intensywne 25km. Może niedużo, ale liczy się jakość a nie ilość :)
-------------
sierpień: 112,21km
Lepiej. [2009-08-03 22:15:05]
Poniedziałek. Zwykle poniedziałki są zjebane, ale ten dzisiejszy jakiś taki całkiem przyjemny. Plecy doszły do siebie na tyle, że w miarę normalnie mogę wstać z łóżka, chodzić i jeździć. Co prawda nadal boli, ale znacznie mniej. Łikend tez upłynął przyzwoicie, w sobotę z żoną przejechaliśmy się na Jarmark Dominikański i byłem naprawdę mile zaskoczony. Spodziewałem się tak jak co roku tłumów, smrodu i tandety na straganach, a tu niespodzianka - stosunkowo mało ludzi, piwo za 5zł, ciekawe rzeczy do kupienia (chociaż ceny czasem powalające) i ogólnie w deche. Zdecydowanie poprawiło mi to humor, bo od paru lat jarmark był żenadą, idzie ku lepszemu.
Wieczorem popili my z kuzynem, ale w nocy postanowili się przejść kawałek (po jeszcze). Około 3.00 w nocy jedyne "jeszcze" w okolicach tylko na stacjach paliw, więc szerokim łukiem wybraliśmy się na Kowale za obwodnicę do stacji Lotosu czy jak jej tam. Zamknięta. Po raz pierwszy od zawsze, akurat dzisiaj zamknięta. No cóż, jakoś nie zrobiło nam to specjalnie i wróciliśmy o 4.00 na chatę. W związku z tym niedziela była trochę letargowa i senna, ale przynajmniej plecy odpoczęły. Wieczorem tylko wyczyściłem rower, zajęło ze trzy godziny. Przy okazji lekko się zdziwiłem jak zbudowana jest piasta przedniego koła, nigdy nie miałem potrzeby rozbierać. A zbdowana jest jak coś jak suport Hollowtech, łożyska wciśnięte w tuleję i w to tuleja na każdą stronę i ściśnięte zaciskiem.
Dzisiaj wyspany i w pełni sił popędziłem do pracy przez nowo poznaną ulicę Stolema, co prawda trochę pobłądziłem próbując dojechać bezpośrednio do starego nasypu, ale ostatecznie trafiłem. Pogonił mnie tam na wstępie piesek, ale jakoś dobrze mu z oczu patrzyło, a ja przynajmniej użyłem zapasów mocy. Moc mocą, ale rano wziąłem tabletkę rozkurczowo-nerwoodprężającą, jeszcze na te plecy, przez co nie dało rady na obydwu sztajfach na żółtym. Jakby mi ktoś odjął z połowę powera, w połowie po prostu koniec i nie ma jazdy. Bardziej jednak przejąłem się rower czyszczony parę godzin już ujebany... Potem na zjazdach już za Jaśkową zaatakowało mnie wielkie bydle. Bydle było na tyle wielkie, że przestraszyłem się nie na żarty i zacząłem spierdzielać. Adrenalina działa cudownie, po tamtym kawałku jeszcze nigdy tak szybko nie jechałem. Do tego niedaleko od ostrego skrętu, którego nie miałbym szans wyrobić byłem już tak wkurwiony na kundla, że dałem po heblach, zeskoczyłem zasłaniając się na bok postawionym rowerem i chwyciłem badyla. Pies zdębiał, kiedy się na niego rzuciłem i zaczął spierdzielać, goniłem go jakieś 50 metrów, na odchodne cisnąłem badylem, ale nie trafiłem. Agresja +1500, puls 190. Fajnie przez parę minut być niezniszczalnym :D
Droga powrotna z pracy już znacznie lepiej, umówiłem się z Maćkiem na mostku w pobliżu Auchan - mając odpowiednio dużo czasu, pojechałem sobie całą trasę żółtym szlakiem do skrzyżowania z zielonym i niebieskim, dalej zielonym wzdłuż Doliny Strzyży. Siły wracają, chociaż jeszcze daleko do dobrej formy. Maciek oddał Garmina, z pewnością wrzuci trasy jakie obadał w Szklarskiej Porębie. Skoczyliśmy do Bugi - kupił sobie buciki SPD. Tak, Maciek jeszcze jeździł na platformach, ale dał się przekonać wreszcie.