Kreta w Grecji
Bikerowi Maćkowi udało sie pojeździć na Krecie. Góry, podjazdy i przepiękne widoki oraz ogromny upa...







XT vs. Deore
Przez dłuższy już czas chciałem opisać swoje spostrzeżenia na temat hamulców Deore XT (zestaw 775) i dwie klasy niższych i st...

Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.

strony po 5 wpisów: «  1  2  [3]  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  »


Extremalny weekend i pogubione śrubki.   [2010-06-22 22:27:03]
Weekend mnie zmasakrował. Piątek/sobota integracja firmowa na wyjeździe i sobota/niedziela wyjazd na ognisko do Maćka. Wyjazd integracyjny to jedna z intensywniejszych imprez tego roku, Harpagan może się schować. Najpierw ponad pięć godzin intensywnych konkurencji sportowych głównie fizycznych opartych na sile i kondycji. Sumo, konkurencje strongman (spacer farmera, opony, noszenie worków), walki na pałki, jakieś biegania, skakania, aż oczy mi się zmniejszyły. A zaraz potem tańce/hulanki/karaoke na parkiecie z growlem w roli głównej do piątej rano. Oczywiście jako bonus Whisky z colą. Wiem, profanacja trunku, ale na imprezach preferuję. Czystą z lodem to na spokojnie się pije :)
Przyjechałem stamtąd w sobotę o 16.00 i odrazu na ognisko do Maćka za Sierakowice. Już bez alkoholu, ale za to nadal bez snu. W niedzielę tez nie pospałem i wieczorem wyglądałem jak ostatnie nieszczęście, do tego bez głosu. Poobijany, jeden wielki zakwas, jeszcze na dodatek odbite paluchy od skakania na parkiecie. Ledwo w poniedziałek dojechałem do pracy. Ale przejechałem się z pracy po żółtym szlaku i dopóki nie trzęsło na korzeniach to było ok. Dzisiaj już trochę lepiej, w sumie to nawet dobrze. I wybrałem się na objazd trasy Skandii. Ania umówiła się z Lechem z MTBNews.pl, który robił za przewodnika, przyjechał jeszcze Seba z Sopockich Killersów, ja umówiłem się z Maćkiem który z kolei zabrał kolegę. Dołączył się też Rycki (yeach!) i jeszcze dwie osoby, wybaczcie nie pamiętam imion. Ruszyliśmy peletonem z okolic startu w Sopocie, najpierw podjazd na Łysą - zaskoczył mnie pozytywnie, pamiętam jak wjeżdżałem na ten pagórek na HorizonFive, mało się nie zesrałem. Dzisiaj po prostu wjechałem, bez emocji. Dla jednego z bikerów to był koniec jazdy - urwał przerzutkę :( Trudno, jedziemy dalej, przyjemne szybkie zjazdy, kilka podjazdów długich lekkich i krótkich mocniejszych, tempo jak dla mnie dość wysokie, ale w granicach możliwości. No i tyle się nacieszyłem, po 10 km zacząłem zostawać w tyle, chociaż czułem moc w nogach, o co chodzi? Noga zaczęła mi latać na pedale. No tak, odkręcił się blok. I to tak, że obrócił się, wypadła śrubka i koniec jazdy. Pewnie zauważyłbym wcześniej gdyby był jakiś mocniejszy podjazd, ale akurat jechaliśmy szybkim zjazdem a potem długim delikatnym podjazdem. Co miałem zrobić... wkurzyłem się setnie, dokręciłem jedną śrubę, pożegnałem się z resztą i zjechałem Spacerową do Oliwy. Potem ściechą do domu... Nigdzie po drodze w rowerowych nie było śrubek :/
Jakoś dojechałem jedną nogą, wymieniłem blachy i śruby w butach, niestety na objazd trasy już się nie załapię. Trudno. Wieczorem dowiedziałem się że reszta ekipy też lekko nie miała. Odpadł kolega Maćka gdzies w połowie, kolega na Krosie też lekko nie miał, Rycki zjechał przed końcem na metę. Za to Maciek wytrzymał i trzymał ogień do końca. Brawo. Później wpadłem że mogłem dać mu garmina, zrzuciłby trasę, no ale nie wpadłem. Mapka z chyba 13km plus dojazd do domu.




Extremalny weekend i pogubione śrubki.
-------------

Porażka, jak na razie 230km... i nie zapowiada się lepiej, w weekend wesele :/
Znowu łańcuch nienasmarowany :/   [2010-06-16 09:16:51]
Co prawda i tak dla zwykłego rowerzysty rower jest bezgłośny, ale ja już słyszę ogniwka na tylnej rolce. Znowu nie chce mi się iść i wziąć smar do ręki. Co prawda spokojnym tempem do i z pracy, ale jednak. Jutro rano nasmaruję (pewnie)
Wieczorem poszedłem jeszcze się rozbiegać po wczorajszych zawodach, łydy i piszczelowe potwornie bolały. Do tego pobiegłem w jakieś mało znane ścieżki, nieuczęszczane i pokrzywione. Asicsy nie nadają się na takie wyprawy, każda nierówność zwielokrotniana przez but. Zero trzymania, można sobie zrobić krzywdę. Z pewnością też dużo dało osłabienie mięśni, ale jednak w porównaniu do Salomonów to dzieli je przepaść. Trochę pokaleczyłem sobie piszczele o jakieś chwasty, a dwa razy musiałem przejść do marszu bo już nie mogłem. Masakra, dawno tak nie bolało. W połowie trasy odpocząłem kilka minut u Jendrka w ogródku. Potem jeszcze całkiem sporo biegaczy spotkałem, a i Maćka bikera z żoną na rowerach. Przywiózł mi przy okazji oświetlenie na rower już na nocny wyścig Red Bulla. Dioda Cree na kierownicy, w połączeniu z moją czołówką Myo XP daje całkiem niezły snop światła.
To tyle, wrzucam mapkę z dzisiaj i idę spać.



A, jeszcze dostałem mailem dyplom od współorganizatorki wczorajszego biegu, Moniki Wirkus (zwyciężczyni w kategorii kobiecej). Przy okazji dowiedziałem się że zająłem 25 miejsce :D
To lepiej niż sądziłem...


Znowu łańcuch nienasmarowany :/
-------------
Łydy pieką.   [2010-06-13 21:50:38]
Bo przebiegły 5 km charytatywnie. Pojechaliśmy całą rodziną na imprezę - II Kaszubską paraolimpiadę w Luzinie. Między innymi obywał się tam wspomniany bieg dla pełnosprawnych. Zgłosiłem się więc wystartowałem. Niestety - w słabej dyspozycji psychomotorycznej... W piątek kuzyn zadzwonił że przyjeżdża bo się nudzi. Do czwartej rano zeszło, pękła siatka browców. W sobotę zero odpoczynku, jeżdżenia tu i tam sporo, a wieczorem do szwagra na urodziny. Tym razem do drugiej, dla odmiany whisky. Ech... Z samego rana o 10.00 w niedzielę trzeba się było zerwać i ogarnąć i ledwo zdążyliśmy dojechać.
Bieg terenowy w pętlach po kilometrze, płasko, trochę piachu, trochę trawy, trochę szutru, zeszło 23 minuty z 6 sekundami. Tempo na kółko w miarę równe na wszystkich, średnio wyszło 4:42 min/km. Z pewnością wynik byłby lepszy przy spokojnym weekendzie, ale i ta jestem szczęśliwym człowiekiem, w końcu dobry uczynek - pobiec tak sobie charytatywnie :)
A musiało być dobrze skoro łydy bolą i pieką. Posmarowałem je właśnie maścią rozgrzewającą - grzeje. Może pomoże. A ja nie maść to browarek :D

Poza tym koniecznie odtłuścić badziocha :/ Intensywnie nad tym popracuję w najbliższym czasie.


Łydy pieką.
-------------

Parno i duszno.   [2010-06-09 23:36:05]
Pogoda dzisiaj dała się we znaki. Co prawda brzmię jak przeciętny polak "za zimno, za ciepło, za mokro, za sucho, itp...", ale faktycznie dzisiaj ciężko było oddychać. Pociłem się siedząc. W pracy w biurze ukrop. W lesie w drodze do domu chłodniej, ale i tak organizm niedotleniony. Poszedłem jeszcze pobiegać później, wziąłem psa i Dawida na rowerze. Po 3km miałem dosyć, musiałem przejść do marszu na podbiegu. Pies też ledwo zipał. Po 3km! Dawid niewzruszony, jechał sobie spokojnie. Zrobiliśmy raptem 5,6km i daliśmy spokój. Ozyrys dyszał jeszcze przeszło godzinę, jednak taka pogoda nie służy mu absolutnie, chyba nie będę go zabierał przy takiej aurze. Dawid luzik, został sobie jeszcze pojeździć. A ja do teraz uzupełniam płyny.
Później trochę popadało, ale i tak się nic nie zmieniło - w mieszkaniu tragedia, otwarte okna nic nie dają...




nie ma foty :(
-------------

Testy nowych butów.   [2010-06-08 23:16:53]
Asics'y spisują się wyśmienicie. W końcu znalazłem buty, które pasują do mojej stopy. Szkoda że dopiero teraz, po dziesiątkach otarć i wydanych setkach na inne Nike, NewBalance, Salomony i Pumy... Co ciekawe, tylko dwa modele z całej oferty Asics'ów mają mniej profilowane wkładki i nie mają wysoko prowadzonej linii łuku stopy. Do tego jak się okazało to tzw modele najprostsze. No i dobrze, przy okazji są jednymi z tańszych. Wczoraj przebiegłem 13km bez żadnego problemu, zero urazów, zero bólu kolan pomimo biegu po twardych nawierzchniach. Co prawda staram się nadal biegać na śródstopie, co ratuje kolana, no ale w dobrze amortyzowanych Nike czasem dawały o sobie znać. Pozostaje mi polecić firmę.



Za to odkryłem małą lipę w rowerowych Hammerach Adidasa. Na maratonie obluzował się lekko blok, i wybrałem ząbkami bloku całkiem spory kawałek podeszwy. Zobaczyłem dzisiaj w pracy. Dokręciłem, ale to nie wystarczyło - w trakcie jazdy do domu musiałem zawrócić z Żółtego Szlaku na asfalt żeby nic więcej nie popsuć. Ząbki bloku nie dotykały już podeszwy, a śruby nie są w stanie utrzymać takiej siły, jaka jest przenoszona przez nogę. Podłożyłem więc blaszki od zniszczonych Quartz'ów Look (osobna historia kiedyś opisywana), skręciłem ile się dało byle śruby nie przekręcić i zobaczymy jutro. Jeszcze kierownica jak zwykle nierówno ustawiona :/


Testy nowych butów.
-------------

Już 8 czerwiec, a na liczniku raptem 66km :(
Na liczniku biegowym 24km.