Kreta w Grecji
Bikerowi Maćkowi udało sie pojeździć na Krecie. Góry, podjazdy i przepiękne widoki oraz ogromny upa...







XT vs. Deore
Przez dłuższy już czas chciałem opisać swoje spostrzeżenia na temat hamulców Deore XT (zestaw 775) i dwie klasy niższych i st...

Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.

strony po 5 wpisów: «  1  [2]  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  »


Aaaaaaaale boli!   [2010-08-05 21:41:42]
Bolą łydy i nadgarstek. Łydy bo se wczoraj z Jendrkiem pobiegałem 11km. To nie problem, biegło się świetnie, rozbiegałem zakwasy po sobotniej nocy. Za to dzisiaj wybrałem się z Kasią zrobił kilka kółek wokół zbiornika. No i wyszło, łydy mało nie eksplodowały. 5km niecałe, ale boli jak po maratonie, ledwo doszedłem, że nie wspomnę o schodach. Jutro regeneracja.
Przyszły też śruby do suportu. Z imbusem 12mm... No cóż, trzeba było kupić wytrych. To tez historia niezła, pojechałem (przy okazji) do liroy'a i władowałem się w korek. Dwie godziny na 2km. Katastrofa. Ale mniejsza z tym. Śruba pasuje idealnie, nawet rant ma wcięty niżej niż Schimano, więc idealnie pasuje do aerozina. I można naprawdę solidnie skręcić, to czuć w ręce. A nie tym plastikowym shitem. No tak, śruba skręcona a nie ma kiedy pojeździć, w tym tygodniu pracuję z domu, wieczorami też przy kompie, a do tego nawet jakbym chciał to nie da rady. Załatwiłem sobie nadgarstek nie wiem jak i gdzie. Tak bolał wczoraj że noc nieprzespana. Dzisiaj trochę lepiej, pomogły jakieś maści, ale co i jak i gdzie to nie mam pojęcia. Obudziłem się we wtorek już z bólem. Oby przeszło szybko, bo zapisałem się na Marsz Śledzia. Gdyby ktoś nie wiedział (ja nie wiedziałem):

Wyciąg z regulaminu:
3. Marsz polega na przebyciu drogi pomiędzy miejscowościami Kuźnica i Rewa poprzez Zatokę Pucką. W linii prostej trasa liczy 10 km. Uczestnicy wyruszają jednocześnie i zmierzają do celu non-stop z przerwami w miejscach o czasie zarządzonym przez Przewodnika.

Cytując za organizatorem:
W skrócie marsz składa się z czterech etapów:
1 – etap „wiary”, wchodzimy do wody i stopniowo oddalamy się od brzegu półwyspu Helskiego, jest coraz głębiej, po ok. 500 metrach zaczynamy płynąć a przed mani widać tylko wodę….wierzymy że zaraz znowu będziemy iść choć nic na to nie skazuje…

2 – etap „syndromu Mojżesza”, idziemy w wodzie po kolana a potem po wąskim pasku suchej ziemi na środku Zatoki, jak Biblijny Mojżesz, „mając mór z wody po prawej i lewej stronie”. W tym etapie poznajemy mieszkańców tej wyspy (mewy, kormorany, może kiedyś doczekamy się i fok) oraz możemy dotknąć wystające na tym odcinku wraki w tym wrak okrętu podwodnego.

3 – etap „próby”, każdy uczestnik marszu śledzia na trasie zjada specjalnie przyrządzonego śledzia (dla pokrzepienia) oraz wypija typowo marynarski napój. Wszystko po to aby móc stawić czoła ostatniemu trudnemu etapowi marszu

4 – etap „byle do brzegu”, ten etap to walka o życie, tu uczestnicy muszą pokonać sztuczny przekop w mieliznach tzw. „głębinkę” o szerokości od 700 m do 1400 m (w zależności od stanu wody i układu płycizn w danym roku). W edycji leniej ten odcinek płyniemy w wodzie trzymając się lin rzuconych za kutrami rybackimi. Kto się puści jest wyciągany z wody i ląduje na pokładzie łodzi asekuracyjnej. W edycjach extreme (jesień i wiosna) gdzie uczestnikami są osoby zawodowo związane z morzem ten odcinek jest pokonywany wpław. Motywacją dla uczestników jest widoczny brzeg w Rewie. Koniec marszu ma zwyczajowo miejsce na końcu „Szpyrku” Rewskiego k. Krzyża.



Aaaaaaaale boli!
-------------

http://mapy.google.pl/?ie=UTF8&ll=54.678198,18.561058&spn=0.147286,0.439453&t=h&z=12

i jeszcze ciekawy artykuł na temat ekoterrorystów:
http://rogatywka.test.slice.pl/marsz/artykul_mini.pdf
DogTreking Inowrocław   [2010-08-01 22:06:19]
Było zajebiście! Świetna, kameralna impreza, jakie lubię najbardziej. Stawiło się około 40 osób, kilkadziesiąt psów i dwie trasy 17 i 22km. Oczywiście wybrałem 22, chociaż w pierwotnym założeniu miało być 39. Impreza rozgrywana była nocą, start o 21.00. Przebiegłem wraz z Ozyrysem, dwoma Tomkami i ich psami niemal całą trasę, nawet udało się trochę pobłądzić. Lekko ponad 24km w niecałe 4h. Trochę mnie chłopaki przegonili po lasach, troch słabsza forma dała się we znaki, ale ogólnie pozytywnie. Biegliśmy równo, ale nie miałem już mocy na finisz, ostatnie 200m było decydujące - wpadłem na metę trzeci. Potem browarki, ognisko i spanie w namiocie. Dzisiaj cały obolały, ale szczęśliwy.
Wrzucam zdjęcia do galerii, a niedługo wyskrobię jakąś recenzję. Poniżej trasa, niestety nie mam wzorcówki do nałożenia.




DogTreking Inowrocław
-------------

Więcej fotek w dziale "foto"
Ale urwał!   [2010-07-27 00:02:07]
Parę dni temu Maciek stwierdził że korba mi działa bo czeka na sobotę. Parę dni już jeździłem bez problemów, więc umówiliśmy się na przejazd Żółtego Szlaku. Nie mylił się. Po jakiś 50km znowu się poluzowało lewe ramię. Dokręciłem, tym razem nie zapomniałem spakować kluczy. Niestety, nie pomogło. Nie miałem pojęcia o co chodzi, dokręciłem wcześniej z taką siłą że pewnie niewiele brakowało do zerwania gwintu. No nic, doczłapaliśmy się w Gdyni do kolejki, czasu zaczęło brakować, do tego pogubiliśmy szlak. Ale co do szlaku od początku:
Umówiliśmy się jak za dawnych czasów o 5.00 rano, bez względu na warunki pogodowe. No warunki były całkiem przyjemne, 20°C i ulewny deszcz. Ciepły i do tego jakieś burze z piorunami w pobliżu. Zwykle taka pogoda nie sprzyja dłuższym wycieczkom, a nawet krótszym. Ale wyjątkowo przyjemnie się jechało. Dojechaliśmy do początku Żółtego na dworcu PKS w Gdańsku, ruszyliśmy znaną już trasą. Co ciekawe niewiele błota, za to głębokie kałuże, poza tym Maciek narzekał na śliskie korzenie. Ale poza korzeniami odstawiał mnie na każdej górce o lata świetlne. Niestety, blisko 90kg i braki w jeżdżeniu, braki snu robią swoje. Normalnie nie byłem w stanie go dogonić mimo użycia pełnej mocy. Co innego na zjazdach i trudnych technicznie przejazdach, tutaj znacznie lepiej. Zjeżdża mi się szybciutko, piach, kamienie i korzenie jakoś specjalnie też nie przeszkadzają. Do czego zmierzam? Coraz poważniej myślę o jakimś solidnym full'iku. Jakieś 140-150mm skoku, podobnie z przodu, szeroka kierownica i ogieeeeeń!! Jedziemy w dół!! Oczywiście nie mam zamiaru rezygnować z wylajtowanego hardtraila i ścigania się w maratonach, pod warunkiem że badzioch o jakieś 10kg zejdzie :D
A wracając do korby Aerozine, przez którą już paznokcie zjadam. Dokładnie przejrzałem sprzęt, wyjąłem wklejony już suport raz jeszcze, sprawdziłem dokładnie mocowania. Co się okazało? Jakiś geniusz projektant wymyślił sobie że Będzie jedna śruba ściskająca lewe ramię (a nie dwie jak w Shimano) i to na samym końcu ramienia. Oś ma taką długość, że przy założeniu podkładki dystansowej na mufę suportu brakuje jakiś 3mm, żeby ośka dosunęła się do końca otworu w ramieniu. Jako że śruba jest mniej więcej na wysokości końca osi, nie było styku na całej powierzchni, tylko na kancie. Beznadzieja. Dlatego nawet aluminiowa śruba ściskająca całość wymiękała. Zrobiłem test, czy przerzutki będą banglać bez podkładki. Działają. Wkleiłem niechodzony wiele oryginalny suport od Aerozina, skręciłem ramiona ostatnią plastikową śrubą od LX'a, zabezpieczyłem nową śrubą poprzeczną i niby trzyma. Nowa śruba bo w poprzedniej uwaliłem dziurę na imbus. Lipa, a nowa ledwo dała się wkręcić. Dzisiaj rano pojechałem z psem żeby się wybiegał. Kto zgadnie? Odkręciła się dziwka. Miałem dość, zostawiłem na potem. Na szczęście wykopałem jeszcze jedną śrubę w skrzynce, poprzednia miała jakiś uwalony gwint. Teraz niby trzyma (hahaha). Zobaczę jutro, przejadę się po górkach.

Dzisiaj poszedłem sobie też pobiegać chwilę, walnąłem 10km - za 3 tygodnie mam niby przebiec maraton... Interesujące. A w najbliższą sobotę DogTreking w Inowrocławiu, 40km w nocy z psem, też może być ciekawie.


Ale urwał!
-------------

Żyję!   [2010-07-17 02:04:25]
Wcale nie rozwaliłem głowy o korzeń - jak ktoś zasugerował w majlu. Trochę urlopu było, a potem masa pracy jak to po urlopach bywa. Pojechałem sobie z dziećmi na agroturystykę w ostępy leśne, gdzie doiłem krowy, belowałem siano, foliowałem bele i nosiłem cegły na budowę. Jak ktoś śledzi http://www.facebook.com/zbigniew.skupinski to wie. A jak nie wie to też nic się nie stało :)
Ale przejdę do branżowej dziedziny. Zaraz po urlopie umówiłem się z Maćkiem na przejazd Czarnego Szlaku. Od Otomina do Sierakowic, powrót ulicą. Łącznie około 160km miało być. Wyruszyliśmy o 5.00 rano w sobotę, najpierw do Otomina - dojazd, a potem Czarnym na zachód. Ciekawe doświadczenie, o godzinie 6.00 było już gorąco, a potem sama myśl że o 7.00 godzinie przejechało się ileśtamdziesiąt kilometrów, a ludzie się na drugi bok przekręcają dopiero. Stwierdziliśmy że to jednak jakiś rodzaj masochizmu. Sam szlak - aż miło jechać. Górki, dołki, pola, lasy, łąki. Minimalne ilości asfaltu, miejscami przydałoby się poprawić oznaczenia. Jedziemy w miarę równo, chociaż Maciek przebija mnie na podjazdach, za to ja odblokowałem się na zjazdach. I tak do Wieżycy. Podjechaliśmy jakiś podjazd asfaltem, podejście ostre w bok i... lewe ramię korby nagle mi odpada i zostaje w bucie wpięte w spd. Normalnie odpadło. Szybka rekonstrukcja zdarzeń - kilka kilometrów wcześniej poczułem lekki luz na korbie, na szczęście przejeżdżaliśmy akurat jakąś wioskę i dwóch kolesi naprawiało skuter - mieli imbusy. Dokręciłem śrubę mocującą hollowtecha i luz zniknął. Niestety, nie zauważyłem że wklejona miska łożyska suportu wysunęła się i to krzywo. Dokręcenie śruby zlikwidowało luz, ale uszkodziło samą śrubę. Suport miałem wklejony na stałe w ramę po uszkodzeniu gwintu. Niestety, nie wiedziałem że poxipol nie jest specjalnie odporny na zestaw wysoka temperatura + obciążenie, nie wytrzymał. 60km od domu, suport krzywy, korba się wysuwa. Zajebiście. Po krótkim przeanalizowaniu sytuacji Maciek pojechał dalej, a ja na ulicę żeby nie obciążać specjalnie złomu i jakoś dojechać. I tak dupa, co chwilę musiałem wypinać nogę i dosuwać korbę. Spiąłem nawet łańcuch poza przednią przerzutką, ale gówno to dało. Na drodze Kościerzyna-Żukowo też hardkor, jechałem czymś w rodzaju braku pobocza, co chwila przerwy bo całe obciążenie spoczywało na dupie. To w połączeniu z siodełkiem SLR nie daje nic dobrego. W Borczu znalazłem jakąś ściechę przez lasy na szczęście, odpocząłem od tirów. Lewe ramię korby już w ogóle nie trzymało musiałem jechać dociskając do wewnętrznej. Za długo się tak nie da. Reasumując rzeź, parę godzin 45km, wyczerpany jak po Harpaganie. 95km na liczniku.



Nawet nie chciało mi się zaglądać do uszkodzeń, dałem sobie spokój. Maciek nie lepiej, okazało się dalej że Czarny nieprzejezdny, słabe oznaczenia, na 95km poddał się i wrócił ulicą.
Po paru dniach zabrałem się za złom, oczywiście nie mogłem wyjąć uszkodzonej miski suportu. Nawet łożysko wypadło przy próbach użycia mocy. W przypływie geniuszu wpadłem na to żeby wykorzystać czynnik niszczący, czyli ciepło. Postawiłem ramę na balkonie w pełnym słońcu, termometr pokazywał 44°C. Po 20minutach poszło jakbym odkręcał słoik z ogórkami kiszonymi. Początkowo planowałem użyc klej do metalu co stapia aluminium, ale ostatecznie znalazłem stary poxipol i wkleiłem tak jak wcześniej. Oczywiście nie obyło się bez bluzgów, włożyłem miskę z mocą ile fabryka zapodała w bicepsie a ta za kilka sekund się wysuwa. Szlak, przydałyby się cztery ręce o istotnej sile. Ostatecznie wkleiłem, wkręciłem drugą miskę i ścisnąłem korbą. Na szczęście pasuje śruba z Shimano ta plastikowa, na razie będzie trzymać. No i tyle, postawiłem rower na swoje miejsce i tak stoi.
W tygodniu do pracy jeździłem na rowerze Moniki, nie chciało mi się zakładać butów SPD, ani jeździć po chodnikach w laikrach. Spokojnie, wolno (bo szybko się na tej geometrii i oponach nie da) i przyjemnie. Cały tydzień na wygodnym siodełku i nie przekraczając 25km.h - przy okazji mogłem pozałatwiać kilka urzędowych spraw bo mniejszy stres zostawić Accenta zapiętego na mieście. Co nie znaczy że nie starałem się załatwiać co potrzeba jak najszybciej...

Nadal utrzymują się zajebiste upały, zero biegania, nawet wieczorem. Pies ledwo żyje, a przydałby się trening - za dwa tygodnie chcemy z Ozyrysem wystartować w Dogtrekingu w Inowrocławiu. 40km nocne bieganie na orientację - nowe doświadczenie. Damy radę. Co nie zmienia faktu że Ozi musi się przyłożyć, ostatnio po 18 km ledwo zipał. Zamówiliśmy biedakowi grzebień do wyczesywania podszerstku, może mu ulży.
A teraz weekend. Może zwlokę się jakoś z barłogu w niedzielę skoro świt i pojadę na trening, żeby wrócić szybko i z rodziną na plaże jechać. Jak nic znowu o 4.00 wstać trzeba :)


Żyję!
-------------
urlop
Agroturystka :D
Wbrew obiegowej opinii mleko bieże się od krowy, a nie z lodówki
Jaskółka, uratowałem.
No cóż. Wieś.
Żal mi tych piesków na łańcuchach. Beznadziejny żywot :(
No i jazda
Koniec jazdy. Szkoda że 60km od domu.
Pech.
Niestety, wylata.
Złom
To ten wklejony.
Czyścimy
Lepimy
Podaj młotek

Bynio rusz dupę.   [2010-06-29 00:22:36]
Maraton Solidarności za półtora miesiąca. A przebieg znikomy. O rowerze nie wspomnę, w tym miesiącu raptem 300km jak na razie i nie zapowiada się dużo więcej. Weekendy pozajmowane, nie ma kiedy solidnie pojeździć. Teraz na weselu kuzynki byłem, za tydzień też impreza rodzinna. Musiałem odpuścić Skandię w Sopocie i wcześniej nocnego RedBulla, czego bardzo żałuję. Trudno. Za to pobiegałem dzisiaj solidnie, specjalnie oszczędzałem się na rowerze, żeby zrobić jakiś lepszy dystans. Wybrałem się w teren, jakoś tak się dobrze biegło że wyszło 18km. Teren przyzwoicie trudny, ponad 700 metrów ascentów, 668 descentów. Dziwne, powinno być tyle samo, garminowi się coś poprzestawiało chyba. Do tego nierówności z korzeniami, jakieś pochyłe ścieżki, zwalone drzewa do przeskakiwania, zajebiście. Co ciekawe, tempo pod koniec miałem takie same jak na początku, do tego biegło mi się o wiele równiej. Pomiędzy zdarzyły się wolniejsze kawałki, ale tez dużo szybsze, tempo o 7km/min pod górki do 4km/min po równym. Szczególnie jak na 7km pies Ozyrys poczuł trop i przyspieszył, lekko mnie ciągnąc. Z reguły biegnie lekko przede mną ale na luźnej uprzęży, a tutaj musiałem go hamować. Po 3km się zmęczył i odmówił współpracy, ledwo powłóczył łapami, na szczęście jezioro otomińskie blisko i mógł się do woli napić. Potem ja zasuwałem całkiem dobrym tempem do pietnastego kilometra, aż wbiegliśmy na łąki łostowickie, wtedy znowu pies coś poczuł i wyrywał ostro. Ja za to wybrałem się w rowerowych skarpetkach, co jak zwykle w takich przypadkach spowodowało otarcia. Mam nadzieję że szybko zejdzie, na sobotę umówiłem się do biegostrefy na badanie biegania. W sumie 18km w 1:52h. Szału nie ma, acz płasko nie było.

Najbliższe dni znowu obładowane, znowu nie pojeżdżę więcej, może w czwartek się uda zrobić jakiś dystansik.



A jeszcze wracając do Skandii - jechał Maciek w barwach Intela, całkiem nieźle poszło - 96 miejsce na ok 350 startujących to już przyzwoity wynik.


nie ma foty :(
-------------