Kreta w Grecji
Bikerowi Maćkowi udało sie pojeździć na Krecie. Góry, podjazdy i przepiękne widoki oraz ogromny upa...







XT vs. Deore
Przez dłuższy już czas chciałem opisać swoje spostrzeżenia na temat hamulców Deore XT (zestaw 775) i dwie klasy niższych i st...

Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.

strony po 5 wpisów: [1]  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  »


Kosztowny złom   [2010-09-02 08:56:06]
Pewnie wielu bikerów inwestujących w sprzęt grube setki zauważa, że produkty znanych marek są coraz mniej trwałe. Teoretycznie, powinno być tak ze kupując np kasetę za 50zł jesteśmy świadomi jej klasy, podobnie jak tej za 200zł - 4krotna różnica w cenie powinna przynajmniej częściowo przekładać się na jej trwałość. Niestety, nic z tego. Jest odwrotnie. Kupujemy niższą masę, a nie trwałość. Ale to przecież jest oczywiste. Śmiem stwierdzić, że producentom nie opłaca się projektować szpeja trwałego, chociaż w tej cenie pewnie mógłby taki powstać. Po co. Przecież kupując kasetę raz na pięć lat biker nie wyżywiłby rodziny Shimano czy Sram. Tak więc musi to robić przynajmniej raz na sezon, a pewniej dwa.
W poniedziałek jadąc do pracy słyszę jakieś stuki, dokładnie co obrót korbą. Co u kurwy. Sprawdzam łańcuch, czasem tak się dzieje przy pękniętej z jednej strony spince. Nic. Dalej wali. Parzę suport, pedały, korbę - nic. W końcu rzuciłem okiem na przednią przerzutkę. Wyobraźcie sobie że wygięła się cała prowadnica do góry, a dźwięk spowodowany był ocieraniem o ramię korby. Jak to możliwe??? Przeciez tam nawet nie ma możliwości, żeby jakoś to uderzyć. Kiedyś próbowałem lekko odgiąć przy LX'sie - blacha jest tak twarda że nie da rady. A tu XT - proszę bardzo, sprzęt tak wytrzymały że ręce opadają. Jedyne co mi przyszło do głowy to że albo wpadł mi jakiś kij między blat a prowadnicę (chociaż nie pamiętam czegoś takiego), albo łańcuch na jakiejś hopie trafił pomiędzy. Tak czy inaczej, dzisiaj próbowałem to wyprostować, wystarczyły kombinerki. Tandeta.
Przy okazji próbowałem wyczyścić tłoczki i odpowietrzyć hamulec tylny. Kto ma Shimano wie czym to grozi... Rany, godzina roboty, ale przynajmniej wyczyszczone. Klocki trzeba będzie niedługo wymienić. Zaś wydatek. Fakt, ze jeżdżą cały sezon, mają prawo się zużyć. Przód jeszcze chwilę pojeździ.

Pojawiły się też wyniki klasyfikacji generalnej pucharu w dogtrekingu, jestem w tej chwili wraz z Ozyrysem na drugim miejscu, po Tomaszu z Hudsonem. Wychodzi na to, że conajmniej drugie miejsce mam zaklepane. Żeby trafić na pierwsze Tomek musiałby zrezygnować ze startu, na co jednak się nie zanosi :)


Kosztowny złom
-------------

Prolog jesienny   [2010-08-31 20:39:27]
Lato pomału się kończy, dni coraz chłodniejsze - czas zacząć porządnie męczyć psa. Korzystając z przyjaznej dzisiaj aury wybraliśmy się na solidny bikejoring. Ozi mało nie oszalał ze szczęścia jak widział uprząż wiązaną do roweru, nawet przybiegł żeby mu szelki założyć. Wybraliśmy się na wymagającą trasę, w znacznej części bez ścieżek, po dziewiczym terenie, po mchu, przecinkach z wycinkami, bagnach, podmokłych łąkach i absolutnych odłogach. Obydwoje mieliśmy frajdę że psyki nam się same śmiały. Ja miałem satysfakcję że jeżdżę po takim terenie, po jakim niewielu może nawet myśleć o jeżdżeniu, co dopiero z psem, a Ozi tam gdzie mokro to dobrze. Błoto po osie, wymagające technicznie singletracki - jeśli wogóle tak można nazwać niby ścieżkę z wcześniej ciętymi gałęziami. Do tego te ścieżki szersze po których jechaliśmy/biegliśmy były totalnie skorodowane przez wodę, odsłonięte kamienie, koleiny albo nasączone tak wodą, że opony zapadały się po nyple. Ten kto tego nie doświadczył nie wie co traci. Polecam wszystkim.
Początkowo bałem się o Oziego, bo biegnąc bo czarnych ścieżkach oczywiście ładował się w każdą kałużę i błoto, po paru takich zmienił kolor na czarny. A nie chciałoby mi się go dzisiaj kąpać. Na szczęście wykąpał się chociaz trochę w jeziorze Otomińskim, potem trafiliśmy na jakieś mokradła, trawy itp - wymył się na cacy. W jednym miejscu trafiliśmy na tak zarośnięte pokrzywami miejsce, że pali mnie wszystko. Tam zawróciliśmy i jechaliśmy terenem z trawą do kierownicy. Super. Po dwóch godzinach takiego jeżdżenia jestem zmęczony jak po przejechaniu 60 a nie 20km.

Odkleiłem dzisiaj Compeedy z pięt. Spodziewałem się większej rzeźni. Na lewej nodze co prawda nie mam skóry na niemal całym obszarze plastra, elipsa na jakieś 2x4cm, ale prawa noga wyjątkowo dobrze wygląda. Jest szansa że do weekendu się wykuruję. Oby tylko odcisk pod piętą zniknął.




Prolog jesienny
-------------

Butem po pięcie   [2010-08-29 19:57:17]
Właśnie wróciłem z Dogtrekingu z Włocławka. Można powiedzieć że się doczłapałem. Ze względu na pogodę i lekką kontuzję kolana postanowiłem przebrać się za czołg i iść piechotą. Ubrałem Garmonty Syncro GTX, stuptuty, bojówki, bluzę, kurtkę i na trasę. Fajnie było do 10km, potem "coś" zacząłem czuć. Na odpoczynku na 14 km postanowiłem zajrzeć w czym rzecz. To był błąd, zerwałem profilaktyczny plaster compeed wraz ze skórą, a to co spod niej wypłynęło wypaliło mech... Dziura do mięsa. No nic, środek lasu, 1/3 trasy, trzeba zalepić nowym compeedem i iść dalej. Tzn kuśtykać. Jakoś dałem radę, przeszedłem całą trasę z kolega Tomkiem. Poza jednym poważnym błędem nawigacyjnym zarówno ze strony organizatorów jak i naszej bardzo fajna trasa, z każdą edycją coraz lepsze. Jeden z punktów znalazł się tam gdzie nie powinien, 400m bliżej co było przyczyną naszego błędu - no cóż, trasa była tak oczywista że nie spojrzeliśmy na kompasy. Odnalezienie się kosztowało nas około godziny i 2,5 km nadrobionej trasy.
Ozyrys tym razem spisał się świetnie, niemal całą drogę pomagał mi i wyrywał do przodu, nie widziałem żeby smycz luźno wisiała. Teraz śpi jak szczeniak :D
Impreza nad wyraz udana, mimo niesprzyjającej aury. Bardzo zimno, mokro, ale ognisko, wódeczka i kiełbaska wszystko wynagradza...




Butem po pięcie
-------------
Błędny punkt

Szedłem bez kijków, zdjęcie na starcie. I dobrze, bo tylko przeszkadzałyby.
Na małej fotce błędnie oznaczony punkt na mapie.
Marsz Śledzia   [2010-08-17 20:00:42]
W sobotę odbyła się X edycja Marszu Śledzia, na który udało mi się zapisać. Udało, bo liczba miejsc ograniczona do 100, a zainteresowanie duże. Pokątnie dowiedziałem się że po 4h od uruchomienia formularza zgłosiło się 240 osób i formularz został wyłączony. Załapałem się jako 48, przynajmniej taki numerek narysowano mi na ręce. Impreza ogólnie świetna, gęba śmiała mi się niemal cały czas. Najpierw marsz do kolan w wodzie przez 300m, potem coraz głębiej, w końcu trzeba płynąć. Po kolejnych 300m znowu marsz po pas, aż po jakiś 3km ląd o szerokości kilku metrów. Niesamowite uczucie, iść po morzu a brzegu nie widać, rewelacja. W połowie drogi pasowanie na śledzia, czyli klaps w tyłek płetwą i zagrycha śledziem z naparstkiem rumu. Śledź ultrasłony, ale smaczny. Najlepsze pod koniec, jakieś półtora kilometra ciągnięcia na linach za kutrami. Jest tam przekopana głębinka dla większych statków. Trafiłem na kuter z bardzo cienką linką, trochę dłonie bolały, a widziałem że coniektórzy już wymiękali, nie tylko z wysiłku ale też wyziębienia? Mi było wręcz gorąco, do tego frajda jak nic, nawet smutno było kiedy skończyło się holowanie. Potem tylko kawałek do Rewy, powitanie przez delegację i posiłek regeneracyjny. Bardzo smaczny żurek, kawa i dyplom. I do domu.
Reasumując, świetnie zorganizowana impreza, dla mnie jako szczura lądowego to coś nowego. Ze sportami wodnymi raczej niewiele wspólnego (jak na razie). Ale to mi się podobało. Były pewne zgrzyty organizacyjne przez ekoterrorystów, którzy na rew kormorany przywozili żeby udowodnić że tam żyją, do tego foki i gniazda mew... Dlatego niby chodzić tam nie można. Organizatorzy starali się unikać rozgłosu, dlatego nawet oficjalną stronę marszu wyłączyli. Jak z każdymi terrorystami, negocjować się nie da i nie powinno, najlepiej wyciąć, niech użyźniają glebę. Jakoś nie przeszkadzają im dziesiątki skuterów, łodzi motorowych, kajaków i kejtów których tam pełno... Ech, brak słów.

A w niedzielę rano jeszcze mało mi było, wstałem o 5:30 wziąłem rower i pojechałem do Tczewa. W tą i z powrotem, szybciutko, niemal sprintem. To pierwsza rundka od kiedy zamontowałem nową śrubę do Aerozina i okazało się że trzyma i nie rozkręca. Warto jeszcze sprawdzić w terenie, zanim gdzieś wystartuję, mam zamiar wybrać się wreszcie na Żółty Szlak, tym razem od strony Gdyni.


Marsz Śledzia
-------------

Aaaaaaaale boli!   [2010-08-05 21:41:42]
Bolą łydy i nadgarstek. Łydy bo se wczoraj z Jendrkiem pobiegałem 11km. To nie problem, biegło się świetnie, rozbiegałem zakwasy po sobotniej nocy. Za to dzisiaj wybrałem się z Kasią zrobił kilka kółek wokół zbiornika. No i wyszło, łydy mało nie eksplodowały. 5km niecałe, ale boli jak po maratonie, ledwo doszedłem, że nie wspomnę o schodach. Jutro regeneracja.
Przyszły też śruby do suportu. Z imbusem 12mm... No cóż, trzeba było kupić wytrych. To tez historia niezła, pojechałem (przy okazji) do liroy'a i władowałem się w korek. Dwie godziny na 2km. Katastrofa. Ale mniejsza z tym. Śruba pasuje idealnie, nawet rant ma wcięty niżej niż Schimano, więc idealnie pasuje do aerozina. I można naprawdę solidnie skręcić, to czuć w ręce. A nie tym plastikowym shitem. No tak, śruba skręcona a nie ma kiedy pojeździć, w tym tygodniu pracuję z domu, wieczorami też przy kompie, a do tego nawet jakbym chciał to nie da rady. Załatwiłem sobie nadgarstek nie wiem jak i gdzie. Tak bolał wczoraj że noc nieprzespana. Dzisiaj trochę lepiej, pomogły jakieś maści, ale co i jak i gdzie to nie mam pojęcia. Obudziłem się we wtorek już z bólem. Oby przeszło szybko, bo zapisałem się na Marsz Śledzia. Gdyby ktoś nie wiedział (ja nie wiedziałem):

Wyciąg z regulaminu:
3. Marsz polega na przebyciu drogi pomiędzy miejscowościami Kuźnica i Rewa poprzez Zatokę Pucką. W linii prostej trasa liczy 10 km. Uczestnicy wyruszają jednocześnie i zmierzają do celu non-stop z przerwami w miejscach o czasie zarządzonym przez Przewodnika.

Cytując za organizatorem:
W skrócie marsz składa się z czterech etapów:
1 – etap „wiary”, wchodzimy do wody i stopniowo oddalamy się od brzegu półwyspu Helskiego, jest coraz głębiej, po ok. 500 metrach zaczynamy płynąć a przed mani widać tylko wodę….wierzymy że zaraz znowu będziemy iść choć nic na to nie skazuje…

2 – etap „syndromu Mojżesza”, idziemy w wodzie po kolana a potem po wąskim pasku suchej ziemi na środku Zatoki, jak Biblijny Mojżesz, „mając mór z wody po prawej i lewej stronie”. W tym etapie poznajemy mieszkańców tej wyspy (mewy, kormorany, może kiedyś doczekamy się i fok) oraz możemy dotknąć wystające na tym odcinku wraki w tym wrak okrętu podwodnego.

3 – etap „próby”, każdy uczestnik marszu śledzia na trasie zjada specjalnie przyrządzonego śledzia (dla pokrzepienia) oraz wypija typowo marynarski napój. Wszystko po to aby móc stawić czoła ostatniemu trudnemu etapowi marszu

4 – etap „byle do brzegu”, ten etap to walka o życie, tu uczestnicy muszą pokonać sztuczny przekop w mieliznach tzw. „głębinkę” o szerokości od 700 m do 1400 m (w zależności od stanu wody i układu płycizn w danym roku). W edycji leniej ten odcinek płyniemy w wodzie trzymając się lin rzuconych za kutrami rybackimi. Kto się puści jest wyciągany z wody i ląduje na pokładzie łodzi asekuracyjnej. W edycjach extreme (jesień i wiosna) gdzie uczestnikami są osoby zawodowo związane z morzem ten odcinek jest pokonywany wpław. Motywacją dla uczestników jest widoczny brzeg w Rewie. Koniec marszu ma zwyczajowo miejsce na końcu „Szpyrku” Rewskiego k. Krzyża.



Aaaaaaaale boli!
-------------

http://mapy.google.pl/?ie=UTF8&ll=54.678198,18.561058&spn=0.147286,0.439453&t=h&z=12

i jeszcze ciekawy artykuł na temat ekoterrorystów:
http://rogatywka.test.slice.pl/marsz/artykul_mini.pdf