
Subiektywny i niekoniecznie odpowiedzialny bloog Bynia.
strony po 5 wpisów: [1]
Nowy osprzęt rodzony w bólach. [2010-03-10 19:57:53]
Jak ostatnio pisałem, napęd w rowerze się skończył. Nie było wyjścia, trzeba wymienić, niemal doczekał wiosny. Przez trzy (!) ostatni dni poprzedniego tygodnia jeździłem samochodem do pracy, co za koszmar. Najkrócej jechałem 50 minut, czyli tyle co bieg w głębokim śniegu. Rekordowy czas 1 godzina 20 minut, nawet się nie wkurzałem, było to raczej zabawne - zastanawiałem się jak ci wszyscy ludzie dookoła muszą się czuć jeżdżąc tak codziennie. W piątek wieczorem zacząłem demontować sprzęt. Niestety trochę pracy po godzinach zostało i musiałem posiedzieć przed kompem. W sobotę rano mieliśmy nieco rodzinnego jeżdżenia, więc sprawdziłem tylko stan klocków czy aby tez do wymiany (starte do blachy). Po drodze najpierw do MKbike - metaliczne Shimano za 49 zł i awaria terminalu płatniczego. Lipa. Poza tym za drogo - 49zł za klocki do Deore? No to dalej po drodze do Buga - lepiej, 32zł ale żywiczne. Dobra, przecież nie będę się na tym ścigał po górach. Przy okazji jeszcze baterie do lampki i zaczynam czyścić sprzęt. Najpierw tylne koło - od razu wielka dupa, kaseta przykręcona w serwisie kluczem, którego nie posiadam. Godzina 14:55 - wszystkie sklepy do 15.00. Faaak! Uratowali mnie rowersi.pl - czynne do 16.00. Przy okazji, spoko kolesie, można pogadać, sporo wszystkiego w sklepie, żałowałem że od razu tam nie wpadłem. Na pewno następnym razem tam właśnie zajrzę. No dobra, do domu i dalej zabawa. Tylko na chwile bo znajomy prosi żebym go gdzies zawiózł. Ech... kolejne półtorej godziny wypada. A wieczorem mają wpaść znajomi, więc z dupy robota. Zanim przyszli wypróbowałem tylko klucz do kasety, wrzuciłem co rozkręcone do szkrzynki i trzeba pić alkohol. To tyle, do czwartej picie, a rano trzeba rower składać. Z samego rana o 13.00 wkońcu złapałem za szmatę, wd40 itd. Rozkręcam, czyszczę, wymieniam. Ściągnąłem widelec i kierownicę. Stery katastrofa, niedokładnie nabiłem dolną miskę i wybiło łożysko. Lata we wszystkie strony. Ale nie mam już budżetu na nowe, skręciłem jak jest. Nowe zębatki od korby LX - 48 i 36 zębów (celowo takie bo mam zamiar tego zestawu używać na Harpaganach i szosach). Okazało się że korba 48 ma inne ramiona, bardziej odchylone. Pojęcia nie wiem po co, ale przeszkadzał pin zabezpieczający przed zakleszczeniem łańcucha. Piła w garść. Poza tym bez problemu, błyszczące i wyczyszczone stare części i wymienione: suport Aerozine, kaseta SLX 32T, kółeczka przerzutki, zębatki korby, łańcuch. No właśnie. Godzina 22.00, zakładam łańcuch i zong. Nie mam skuwacza. Zakląłem jak bezręki górnik, nie pojadę w poniedziałek do pracy. Kolejny dzień samochodem, to już cztery będą w tym roku(!!). Co prawda można młotkiem, ale już późno i nie chciałem sąsiadów budzić. Trudno. Zawsze mogę pobiec, ale już wiedziałem że nie będzie mi się chciało i się nie zawiodłem :) Nie chciało się. Przywiozłem w poniedziałek skuwacz i skończyłem. Oczywiście regulacja przedniej przerzutki była jak zwykle wspaniała :/ tym bardziej że zębatki 48 i 22 mają pomiędzy sobą taką wysokość że łańcuch lekko nad suwakiem przerzutki leży. Ostatecznie bangla, pojechałem we wtorek do pracy jak człowiek. I zabłądziłem na Suchaninie. Podjechałem na Kartuską do bankomatu i nie chciało mi się wracać to pojechałem w bok. Jakieś bloki, jakieś schody, pełno uliczek, górki, dołki, zakręty. Nie wiedziałem gdzie jestem, straciłem orientację, brak słońca i wyjechałem na żółtym szlaku w pobliżu Gdańska Głównego. No beka normalnie. Przynajmniej wiedziałem gdzie jestem, ale nie sądziłem że zabłądzę kiedyś w Gdańsku. Za to rowerek chodzi jak ta lala, jak to z nowym napędem i wyczyszczonym wszystkim.
Wieczorem jeszcze pobiegliśmy ze szwagrem po mieście, 10km na wieczór w sam raz. Jendrek zrobił 14, ja już nie byłem w stanie, za krótki wypoczynek przez weekend, wolałem odpuścić.
A dzisiaj przejeżdżając przez Kartuską trafiłem blachowkręta. W sam środek opony przedniej. Jadę i słyszę że coś pyka co obrót - no pięknie. No to gazem do pracy, żeby nie zeszło, może się uszczelniło. Dojechałem na niemal pełnym ciśnieniu, blachowkręta wykręciłem, pompka w plecaku, ale za to dętki brak. Dobrze że sklep z serwisem blisko, wziąłem rower na plecy i kawałek z buta, wymiana 5zł - nawet nie chciało mi się samemu.
No i tyle, bo się rozpisałem.
A, jeszcze buty dostały nowe bloki, bo poprzednie nie trzymały wogóle już i zgubiłem lapkę przednią, małą, sygnalizacyjna. Pewnie wywaliłem ze śmieciami :(
Łańcuch mi się skończył. [2010-03-02 21:26:11]
Jadę sobie spokojnie po Łostowickiej, wyprzedzam sobie autobus, już wieżdżam przed niego i nagle trach! i łańcuch został na ulicy, a ja ledwo na krawężnik uciekłem. Patrzę co jest - spinka pękła. no tak, połowa drogi do pracy, w najniższym punkcie. No nic, użyłem roweru jak hulajnogi, wczłapałem się do ronda na Schuberta i dalej na szczęście lekko z górki. Jakoś dojechałem do pracy, ostatni kawałek tylko na Traugutta piechota i nawet się nie spóźniłem specjalnie. No cóż, sprzęt w agonii, na blacie wogóle nie da się jechać, a na środkowej tarczy bez zrzucania na najszybszy bieg. Do tego rolka napinająca rolka przerzutki straciła wszystkie zęby i stała się kółeczkiem. Przednia przerzutka zatarta, hamulec przedni piszczy, stery ledwo chodzą. Doraźne czyszczenie już nic nie daje, trzeba w łikend rozmontować całkowicie i porządnie wyczyścić. Po pracy skoczyłem do rowerowego na "Do Studzienki" po nieszczęsną spinkę, niestety łańcuch tak zużyty że nie chciała się wpiąć. Nie było Srama złotych tylko jakieś Shimano z pinami z jednej strony. Po użyciu mocy i kombinerek jakoś trzyma, ale luźna jak cholera i lata na pinach. Jednym słowem złom, ale swoje przeszedł, ładnych parę tysięcy przejechał.
Wracałem miastem, śniegu na ścieżkach rowerowych praktycznie zero, tylko w jednym miejscu na Chełmie małe conieco. Rowerzystów całkiem dużo, aż miło się jedzie - w końcu nie sam na ulicy. Niestety lepiej nie zjeżdżać ze betonów na podłoże organiczne - nie dość ze błoto po osie, to jeszcze wymieszane z psim gównem :/
Gówniana sprawa. [2010-03-01 21:28:43]
Dosłownie. Śnieg się rozpuścił, ale wraz z nim nie rozpuściły się tony psich gówien. No ja pierdole. Nie da się przejść absolutnie nigdzie. Tyle gówna naraz jeszcze nie widziałem. Na chodnikach, na trawnikach, na krawężnikach, na ścieżkach, na schodach, na ulicach, dosłownie wszędzie. Nie da się nie ominąć jadąc rowerem czasami. Gówno na gównie. Wszelkie kolory i konsystencje. Rzygać się chce, wjechałem w jakieś rzadsze i znalazło się na butach, korbie, pedałach ramie... Sam mam psa, ale jeszcze za szczeniaka nauczyłem go srać. W tej chwili nie wypróżni się nawet na trawniku, o betonie czy ścieżkach nawet nie wspomnę. Musi być daleko w polu, mieć jakieś chwasty dookoła i jeden wysoko rosnący. Wymagało to trochę cierpliwości, ale teraz nie muszę się wstydzić. Jednak większości psiarzy to nie przeszkadza, wysrać się psem na środku chodnika. I teraz wszystkie schowane i zamarznięte w śniegu kupy atakują z każdej strony. Wstyd proszę państwa.
A właśnie, rowerem da się wreszcie jeździć, przynajmniej w mieście. Niemal wszystkie chodniki spłynęły (zostały gówna), tylko gdzieniegdzie trochę zamarzniętego, ale da się po tym jechać. Tym bardziej biegać, jutro przetestuję. Synoptycy straszą że jeszcze trochę przymrozi i pośnieży, mam nadzieję że się mylą. Rower przed dzisiejszą jazdą wyczyściłem prowizorycznie, tylko łańcuch nasmarowany. A na pierwszej górce okazało się że taki syf w przedniej przerzutce że nie schodzi w dół... Nie chce mi się czyścić tylko po to żeby po paru kilometrach jazdy robić jeszcze raz to samo. Zaoram napęd do końca i wtedy wyczyszczę.
Apropo biegania. W sobotę byłem z młodym u ortopedy bo mocno supinuje, należą się wkładki do kapci. Przy okazji zagadałem o moim problemie z otarciami na śródstopiu i miła pani doktor obejrzała też moje giry. Stanąłem na jakimś urządzeniu do badania stóp, obejrzała, pomacała i stwierdziła że mam podręcznikowy przykład zdrowej stopy. Stopa "normalna", bez supinacji, bez pronacji, do tego silnie umięśniona. Trochę niższy łuk stopy, ale bez odchyleń od normy. Jedyna rada - szukać butów z mniejszym trzymaniem stopy (żeby nie były owinięte materiałem aż pod łuk stopy) i wywalać wkładki fabryczne na rzecz płaskich bez profilu. Takie zakupiłem i jutro sprawdzę czy będzie dobrze.
Mamy też nowy miesiąc. Luty zakończył się żałosnym wynikiem 117km na rowerze. Bez komentarza.
Ręce spuchli. [2010-02-24 18:26:04]
Od paru dni urlop i korzystając z okazji wybraliśmy się dzisiaj z kuzynem i dzieciakami na ściankę wspinaczkową (
www.elewator.nazwa.pl). Pierwszy raz właziłem. Świetna sprawa, zmęczyłem się setnie. Działają inne mięśnie niż zwykle, do tego wszystkie na raz, plus adrenalina - zwykle nie bywam zaczepiony za kawałeczki kamyków na wysokości 19 metrów. Pomimo asekuracji, jednak jakiś drobny lęk siedzi w mózgu. Może tylko na początku. W każdym razie zabawa przednia, również dla dzieciaków. Elegancka obsługa wraz z instruktażem dla początkujących, trochę teorii i chwila praktyki i można zasuwać do góry. Polecam, pewnie jeszcze nie raz tam wpadnę.
Na zewnątrz tragedia, nie tylko zmrożony śnieg ale po ostatnich roztopach przyszedł mróz i jest ślizgawka. O bieganiu nie ma mowy, na rower tym bardziej. Przedwczoraj znowu odpaliłem steper, ale tym razem dołożyłem sobie jeszcze po 4kg sztangielek do rąk - wystarczyło lekko ponad 2tyś schodów na nogę żeby się zmęczyć poważnie. Godzinka takie cykania nogami i ze sztangielkami i mnie wypompowało tak jak ostatnio po 4tyś. Mam nadzieję że w przyszłym tygodniu będzie lepiej, do pracy trzeba bedzie biegać - lepiej żeby było po czym.
Odwilż [2010-02-20 22:48:31]
Teraz dopiero widać jak gruba jest warstwa śniegu pod nogami/kołami. Szczególnie jak się z wydeptanej ścieżki spadnie. 20cm ścieżka, dodatkowe 20 obok. A wpada się do samej ziemi. Po kolana albo po osie, zależy od rodzaju transportu. Do tego okazało się że jednak Salomony wygrały i zrobił mi się pęcherz na stopie, dlatego zero biegania - za to rower w użyciu. Zardzewiało wszystko, ledwo jedzie, łańcuch strzela i kaszle. Zapomniałem przesmarować. Z drugiej strony - po paruset metrach napęd pewnie wyglądałby jak przed smarowaniem. Koło zapada się w ubity śnieg do nypla, jazda max 10km/h. Albo i to nie, jak mniej ubite to prowadzić trzeba bo poślizg w miejscu. Po 5km jazdy po takim podłożu miałem nogi spuchnięte jak po maratonie. Za to chodniki lekko przejrzały, widać beton :) Jak nie dosypie znowu (czym grożą synoptycy) to będzie elegancko docierać do pracy za tydzień. Za tydzień, bo od poniedziałku urlop - ferie.
Poza tym ostatnio życie znowu zmusza do odpuszczenia treningów siłowych. Wkurzające. Chcieć a nie móc, a sam często powtarzam "chcieć to móc". Raptem raz w tym tygodniu przywitałem się ze sztangą. Czekam na czas, kiedy wpadnę w rytm i ćwiczenia będą czymś naturalnym. Tak jak w latach 94-98, trening na siłowni 3-4 razy w tygodniu był czymś tak normalnym jak codzienna kupa. Oczywiście zdaję sobie sprawę że to mało realne, ale możliwe. Chcieć to móc :D jak pisałem wcześniej. Na dzień dzisiejszy wystarczyłoby mi 2-3 razy w tygodniu, do tego tyle samo na bieganie i rower. Tygodnia nie starczy... Zaczynam pieprzyć jak potłuczony... Jak zwykle po trzech drinkach.
-------------
Przebiegając obok uchachałem się setnie. Ktoś wysikał pejzaż 3x2m moczem. Moje gratulacje dla pojemności pęcherza. Musiałem zrobić to zdjęcie.